Pamiętam te dni wczesne marcowe. Drzewa pewnego wieczoru dostawały jak to w myśli nazywałam "miękkich pni". Czułam, że następnego dnia nastąpi odwilż. Nocą nadchodził wiatr i rozganiał chmury. Ranek wstawał ze słońcem i błękitnym niebem. Po szkole szłam rozgrzana słońcem, z dachów zjeżdżały lawiny śniegu, z rynien spływały strumyczki wody i w lodowatej skorupie pokrywającej chodnik rzeźbiły miniaturowe koryta rzek. Rynsztokami wartko płynęła woda, a jeśli studzienka była pokryta lodem tworzyła rozlewiska. Na ulice wychodzili stróże i metalowymi łopatami rąbali lód na chodnikach. Całe sterty tego zmarzniętego śniegu leżały na skraju chodników. Lubiłam patrzeć na te warstwy śniegologiczne. Biały pasek - świadectwo śnieżycy, szary pasek - lekka odwilż, czarny pasek - spadł deszcz, biały pasek - ponowa i tak powtarzały się warstwa po warstwie przez całą surową zimę. Przy prywatnych domach chodniki były czyściutkie. Właściciele zwani gospodarzami w czasie śnieżyc od świtu do nocy odgarniali śnieg. Jego poczerniałe zwały topniały stopniowo wiosną. Całą zimę milicja sprawdzała w ciągu dnia, czy prywatny właściciel uprzątnął zaspę i w razie śladów śniegu wlepiał mandat. Niech krwiopijca ma za swoje. Przed domami komunalnymi brnęło się w śniegu, potem stąpało ostrożnie po lodzie. Przedwiośnie. Tak sobie szłam słuchając szumów i łoskotu, świergotu wróbli, sama podśpiewując, rozchlapując kałuże, wzbijając fontanny wody (bo tego nie wolno było robić).
