piątek, 23 lutego 2018

Przyjazd

04.2009

Syneczek znów przyjechał. Na jak długo? Zadziwiające jak z uporem wartym lepszej sprawy Nerwus go zaprasza do roboty. Scenariusz powtarza się do znudzenia. Syneczek przyjeżdża. Dostaje robotę do wykonania. Nerwus co chwilę wpada do kuchni, wznosi oczy w niebo, wypada do hali. Wieczór woła na spacer (nigdy nie chodzi na spacery). Wylicza co zostało zepsute, gdzie się syneczek skaleczył i po co go zapraszał. Drugi, trzeci dzień jw. Pod koniec tygodnia kolejno wpadają do kuchni by opowiedzieć co druga strona zrobiła. Syneczek grozi, że pojedzie. Nerwus hamuje się jak może. No trudno chore dziecko. Kto je zrobił? Chyba sąsiad. To nie może być mój syn. Nie może! Słucham, ale jak nie jego skoro wszystko co syneczek robi drażniącego, wypisz wymaluj tatuś. To przez matkę taki durny! Ile razy można powtarzać "Było siedzieć w chałupie na dupie z żoną, za kurwami nie gonić, dzieci pilnować!" Teść za szybko umarł, chłopaka chowały kobity matka, babka, siostra. Jak do nas przyjeżdżał i zaczynałam musztrować, to słyszałam od Nerwusa, że Synek zmęczony. A ja byłam oczywiście wypoczęta po ośmiu godzinach pracy, godzinie dojazdu i dwóch kilosach na piechotę. (Oczywiście z tobołami jedzenia). No, więc pretensje do siebie. W drugim tygodniu spięcia coraz częstsze. Potem nagła decyzja wczesnym rankiem. Synek pakuje plecak, woła o kasę, spięcie. Wychodzi bez pożegnania. Nerwus utyskuje: Po co go zapraszałem! Tyle napsuł! Same straty! Telefon z wyrzutami do byłej. Kilka tygodni przerwy. Telefony do Syneczka "jesteś tu potrzebny". Syneczek nie ma ochoty. Na tapetę wychodzi TESTAMENT. Wszystko dostaną Ukrainki. Pewnie ta arogancka bździągwa Witusia. Nerwus marudzi, miota się, dzwoni, dzwoni, grozi, dzwoni, grozi. W końcu Synek się zjawia. Tak jak dziś. Oczy wzniesione w niebo. Po co go ściągałem? Faktycznie, po co??????????????????????????????????????????????

Nerwus

2009-04-13

No, i pierdyknęło. W Wielką Sobotę Nerwus zaczął swoją ulubioną śpiewkę "wszystko zapiszę Ukrainkom". Synek zaczął obracać wszystko w żart. No, bo co innego można robić, gdy kolejny raz się słyszy taki tekst. Że niby obalimy testament, a to, że się dogadamy i takie tam ple, ple. A Nerwus dalej i dalej, o śmierci. Miałam dość, bo nie lubię takiego gadania. Mówię, że są święta, że to nie ma co gadać, bo to się źle skończy. I w tym momencie Nerwus się zerwał na równe nogi i buch pięścią w stół, raz, drugi, trzeci. Herbata mi się wylała, psy wyczołgały z kuchni. Nerwus w szlagowatym kolorku, znów pięścią w stół i rozgląda się co tu jeszcze rozbić, walnął w szafkę. Chwilkę się zastanowił nad laptopem, ale zrezygnował i tylko rozbił o podłogę moje etui na okulary. Szczęściem okulary były gdzie indziej. Synek chyba nie widział Nerwusa w akcji, wyszedł do siebie, ja wzięłam kurtkę, psy i w pole. Synek się spakował i z daleka zobaczyłam jak zmierza do autobusu. Potem widziałam jak Nerwus w pośpiechu wyprowadza auto i gna nim do przystanku. W drugą stronę mknie busik. Pewnie Synek się na niego załapał. Wróciłam do domu. Nerwus też, już spokojniutki. No i wyrzuty sumienia. Szkoda, że ostatni autobus już wyszedł z Lublina. Śledzę rozkłady. Tak, pociągów też nie ma. Uuu, no a w I dzień Wiekanocy tyle kursów wycofanych... Niepokój Nerwusa wzbiera, pierwszy pociąg 9.15... Co będzie całą noc robił w obcym mieście? Obawa o Synka narasta, narasta. I skończyło się jazdą do Lublina, odszukaniem Marnotrawnego i powrót o pierwszej w nocy do domu.

Wtorkowy powrót

2009-04-14

Jak wypełzłam na pole usłyszałam jednostajny szum silników jakby sto samolotów nadlatywało. Zagłuszał nawet poranne śpiewy skowronków, krakanie pałacowych wron i gawronów. Z góry, przez dolinę i pod górę ciągnął się równy sznur samochodów. Niekończąca się karawana dostojnie poruszała się metr po metrze. Wzbijające się w górę słońce zaczęło wydobywać z okienek srebrzyste, oślepiające refleksy. Chwilami zdawało się, że sznur się kończy, lecz znów zza góry pojawiały się następne samochody, duże, małe, olbrzymie, różnobarwne. W końcu nie słyszałam już żadnego szumu. Wydawało się, że ciągną w kompletnej ciszy. Nie dobiegał do mnie żaden dźwięk, a pewno grały radia, dudniły głośniki. Czasem tylko błękitne światła pogotowia i przeraźliwy sygnał monotonię.Podróżni posuwali falami, jedni znikali, inni się nadjeżdżali. Słońce minęło zenit i zmierzało ku DRZEWOM ÓSMEJ GODZINY. Korek trwał i trwał przypominając jakiś bezsensowny, gigantyczny taniec. Szyby przybierały czerwonawe barwy zachodu. Auta przesuwały się niezmordowanie. Słońce wypełniło swój plan i wieczorny chłód zaczął snuć nad bagnami pasma mgły. Szosa utonęła w ciemności jedynie czerwień światełek przechodząca w oślepiającą jasność przednich lamp świadczy, że tam, za oknami trwa balet pod tytułem Świąteczny powrót.

Nerwus i psy

2009-04-16

Wczoraj Nerwus zdziwił się, że Brąz ułożył się na kożuchu. Skąd wiedział, że kożuch został położony dla niego? Przecież wyraźnie mu powiedziałam: Poklepałam go po grzbiecie, poklepałam kożuch, znów poklepałam Brąza i powiedziałam, że to jego. Do psów trzeba mówić spokojnie, niezbyt głośno, to wiele rozumieją. Coś jak słaby, niepewny uczeń. Będziesz Wrzeszczeć, znieważać - zablokuje się na amen. Powiesz spokojnie, przyjaźnie, to czasem zdoła z wdzięczności przejść samego siebie. Najgorzej jak Nerwus wrzeszczy a Ruda i Brąz nie wiedzą o co chodzi. Sprawa nie jest prosta lub dotyczy ludzi, a oni się nagle napatoczą i obrywają. Jak słyszą wrzask i nagłe walenie w stół, wywracanie sprzętów starają się umknąć. Brąz skulony wypełza do sieni, podobny do znikającej brązowej plamy. Ruda majestatycznie podnosi się, jak przystało na starszą panią, której jako matce rodu należy się szacunek i z godnością podąża śladem syna. Ja muszę przyznać coraz częściej tak jak one mogę stwierdzić "Nie rozumiem o co Panu chodzi". Wczoraj co i rusz drażniło go to o co pytam (dać wam obiad? zjecie na polu?wszystko w porządku? cola czy herbata?). Chcesz się ze mną kłócić? odpowiadał. Coraz częściej w takich wypadkach przyjmuję taktykę psów. Znikam. Uciekam w pola. Wracam kiedy zapadną ciemności, a psy ze mną. Jeszcze trochę a stanę się psem.

Nerwy Nerwusa

2009-04-16

Swoją ścieżką te nerwy Nerwusa! Wciąż na nie patrzę ze zdziwieniem pomieszanym z niesmakiem. Zachowuje się jak przedszkolak. Nie pamiętam czy się kiedyś tak zachowywałam...Czasem jak zdarzyło mi się zrobić coś niewłaściwego Babunia stawała nade mną i mówiła"dobrze, że nikt obcy tego nie widział (nie słyszał, nie wie), bo by był wstyd na całą familię". Zamierałam wtedy z przerażenia, wyraz familia robił na mnie wielkie wrażenie, bo nie wiedziałam co oznacza. A wszyscy obecni "wstępni" stali obok Babuni z potępieniem w oczach. Potem już wiedziałam, że familia to rodzina, ale myśl, że mogłabym przynieść wstyd rodzinie hamowała mnie w głupich zapędach. Rodzina była dla nas tak ważna jakbyśmy conajmniej byli włoską mafią, a Babunia Capo di tutti capi. A kiedy już poszła do nieba jeszcze bardziej pilnowałam się by niczego złego nie robić, bo wiedziałam, że Babunia teraz zna wszystkie moje uczynki tak jak sam Bóg, ale bardziej niż On nimi się martwi. Szkoda, że ludzie nie pamiętają już o swoich Babuniach, Dziadkach, Ojcach. A kiedy wreszcie sobie o nich przypomną może być już za późno.

Sierpień 2009

2009-08-24

Wczoraj pierwszy raz od oktawy Bożego Ciała zjawiły się gawrony w ilości niepoliczalnej. Opadły na nasze pole i na sąsiada. Zajęły ze dwa hektary. Znów było pełno gwaru, krzyków, nawoływań, krzątania się, przesiadania z miejsca na miejsce. Kocham te mądrale i tęskniłam za nimi. Czyżby przyleciały pokazać jak potomstwo dobrze sobie radzi? O tak, potomstwo dojrzało. Już nikt mi nie lądował na młodym czubku sosny, ani na wiotkiej gałązce brzozy. Obsiadły dach i płot i przewody elektryczne. Wielbiciel, a może wielbicielka opanował(a) lampę. A potem rejwach jak się nagle zaczął tak i nagle skończył. Niebo na południowym wschodzi pokryło się czarnymi sylwetkami przechodzącymi w czarne kropki. Noc była mglista, to już nie kłaczki nad mokradłem, lecz spowijająca wzgórza mgła. Jedynie niebo było gwieździste. Dzień wstał ciepły, niemal upalny, gdyby nie powiew ze wschodu. Wysoko usłyszałam krzyk żurawi. Leciały we trójkę coraz to zmieniając pozycję w kluczu, jakby przerabiały lekcję z manewrów. Może robiły młodemu próbny egzamin? Potem ni stąd ni z owąd pojawił się bocian. Biel skrzydeł odbijała od błękitu nieba. Leciał tak wysoko, że przez chwilę się bałam zderzenia z samolotem płynącym bezgłośnie na zachód. Kołował w górę, coraz wyżej i wyżej. Nie szukał kosiarek, ani pługów...Zrobiło mi się smutno. Smutno się rozstawać, nawet na parę miesięcy...

Zachód słońca

2009-11-21

Zachód słońca... Ileż to czasu patrzę na niego samotnie? Taki teatr jednego widza stworzony tylko i wyłącznie dla mnie. Co za rozrzutność!!! Prawie codzień od kilku lat niby ten sam, a każdego dnia nieco inny. Te wszystkie barwy szarość, złoto, czerwień, seledyn, granat... Delikatne, prawie niezauważalne przejścia z koloru w kolor, zmiany odcieni... filglarnie podświetlone , obłoczki, złociste lamówki ciemnych chmur. Rozczapierzone czarne palce drzew olbrzymów na tle czerwonej kuli. Smutno, że nie ma się do kogo przytulić , podzielić zachwyt, a potem pomnożyć przez dwa... Kolejne zapamiętane zachody skryte w przepastnych głębiach pamięci. Kiedyś znikną wraz ze mną. A może wpadną do czarnej dziury by wirować w niej na wieki w radośnym tańcu? Obrazy, obrazy przełamane na pół, połowy, które zostały ze mną. To MY pod wygwieżdżonym niebem w pocałunku lekkim jak motyl, lekkim, że zdawało się był tylko złudzeniem gdyby nie jego żar. To MY w jarze pełnym malin, tacy stęsknieni, tak nieprzytomnie spragnieni siebie! Szare światło świtu w naszych oczach i nasze splecione ramiona. Ja z Jankiem przed baptysterium; w Innsbruku odbici w wystawie. A teraz z Nerwusem nie oglądam wschodów, zachodów... Nerwus nie ma czasu, nie może się zatrzymać, bo może by wtedy spadł z Ziemi. Czas, czas, czas... Człowieku, zatrzymaj się choć na chwilę zobacz obłok, kwiat, mrówkę, trznadla, jaskółkę w locie, mknącego psa, czujną sarnę... Weź ode mnie kawałek świata i przełam się nim jak opłatkiem. Proszę.

Zima

2010-03-04

Pierwszy śnieg spadł w październiku. Przydusił drzewa pełne liści, połamał gałęzie i zniknął. Następny zjawił się przed świętami, ale roztopił się na tuż przed wigilią. Następna fala przyszła po świętym Janie, przed Sylwestrem. Śnieg padał i padał. Co kilka dni go przybywało. W drugim tygodniu stycznia wziął ostry mróz nocą spadający do 25, 27 stopni. Nerwus poszedł do szpitala. Mróz nieco zelżał, za to nastały wielkie zamiecie. Na zmarzłą , błyszczącą w słońcu warstwę śniegu spadł nowy. Potem znów zamiecie. Nastał luty, a śnieg nie tajał. 18 lutego zapowiadano ocieplenie. Śnieg stał się ciężki i lepki. Ostatni tydzień przyniósł lekkie ocieplenie. Dały się słyszeć krakania. Ostatniego lutego duże grupy gawronów kąpały się w wodzie ze stopionego śniegu. Pierwszy marzec przyniósł u nas największe nasilenie roztopów. Drogą do Sufczyna przelewała się woda ze wzgórz. Antoninka dosięgnęła nocą naszego ogrodzenia. Rano już zaczęła opadać. 3 marca zdawało mi się, że usłyszałam skowronka, nocą znów wziąl lekki mróz. Rankiem ziemia była pokryta delikatnym śniegiem.

Shrek, czyli Traktat o przyjaźni

shrek, czyli Traktat o...przyjaźni?

2010-03-28

Pagórki, lekko uśpione po długiej zimie, ni stąd ni z owąd przypomniały mi film o Shreku, ten pierwszy, najlepszy. Para Shrek i Osioł. Jakże niedobrana i nierozerwalna. Literatura światowa pełna jest takich par. Don Kichot i Sanczo Pansa, Robinson i Piętaszek, Sherlock Holms i Watson, jaśnie panowie i ich słudzy ze sztuk francuskich. A w życiu? Moja matka i jej przyjaciółka, Kinga, odległy o stulecia Socrates i Ksantypa, słynni artyści, uczeni i ich często nieznani z nazwiska przyjaciele, kochanki i współmałżonkowie. Moja matka nerwowa, żywiołowa, o silnym charakterze i obok niej delikatna, spokojna wyciszona Kinga, której można było po raz enty opowiadać wspaniałe wydarzenia z własnej przeszłości, przed którą można było wylewać złość na innych. Co się z Kingą stanie jak ja umrę? zastanawiała się moja matka. Kinga żyła jeszcze dobrych parę lat. Świetnie dawała sobie radę. ON wspaniały przywódca, pełen pomysłów, znakomitych planów i Przyjaciel dzięki któremu można to wszystko zrealizować, który wyciąga z licznych tarapatów, często filozof, realista działający w myśl sentencji quidquid agis, prudenter agas et respice finem. Przyjaciel często sprowadzony do roli tła, na którym lepiej widać naszą doskonałość. To żona, czy kochanka przepisująca dzieło na czysto, w pośpiechu, by zdążyć przed urodzeniem dziecka, wierny sekretarz, znienawidzony przez otoczenie, bo blokuje dostęp do Mistrza. Dzięki temu swoistemu filtrowi Mistrz może tworzyć. Dzięki Ksantypie Socrates nie kona z głodu, ma co włożyć na grzbiet i może wzniośle wydziwiać na targu bez czego to on może się obyć. Wierne Osły (czy to przypadek, czy zamysł?) rezygnują z tego czym mogłyby być ze względu na przyjaźń. Osioł zawdzięcza Shrekowi życie, ale potem przez niego może je wielokrotnie stracić. Shrek zdobywa królewnę, cierpi z miłości i wygania Osła z ziemi, o którą razem walczyli. Osioł zrobił swoje. Shrek widzi tylko SWOJE cierpienie, SWÓJ własny pępek. Osioł wtedy wygłasza krótką mowę do Shreka i do wszystkich Holmsów, Robinsonów, Napoleonów, do NAS. Tylko czy jesteśmy w stanie to usłyszeć?

Powroty, powroty

2010-03-28

21 marca rano nareszcie je zobaczyłam. Nic nie wskazywało na to, że przetrwały. Ziemia była mocno przekopana przez psy i straciłam nadzieję. Aż tu: białe i żółte głowki wylazły ponad ziemię, ponad szarą, umarłą trawę. Moje śliczniuchne! A na zwiastowanie dołączyły fioletowe krokusy. Tuż przed zwiastowaniem zaterkotał na naszej drodze traktor. Zjeżdżał z pagórka ciągnąc za sobą przyczepę po brzegi wypełnioną deskami. Nad nim unosił się... Tak! Bocian! Pierwszy w tym roku. Cwaniaczek! Słyszał traktor i myślał, że będzię orka i trafią się rozjechane myszy, żaby, szczurki i inne polne zwierzątka. Wreszcie zrozumiał błąd i kiedy traktor opuścił pola szybko skręcił w lewo i poszybował na naszą łąkę. Dystyngowanie brodził w wiosennej wodzie i coś tam sobie wynajdywał. Przez niego niemal przegapiłam ogromny sznur dzikich gęsi.. Ciekawe gdzie nocowały. Czy doleciały na łąki Radzymińskie? Krzyk żurawi słyszałam parę dni temu. Jak zwykle się popłakałam z radości, że dożyliśmy wiosny. Sikorki obraziły się, że już nie ma ziaren słonecznika (niech się wreszcie zajmą muchami, darmozjady). Jedna para się jeszcze kręciła. Dziś Niedziela Palmowa. Na szopie wylądował trznadel. Był bardzo zajęty. Tylko się zameldował i odleciał zapewne w ważnych sprawach rodzinnych. Na samochodzie na chwilunię przysiadł "Pci". Ciekawe, czy ten sam, co zeszłego roku. Jak długo żyją pliszki? Pomachał długim ogonkiem i odfrunął. Nie wspomniałam o gawronach, moich pupilach, już od dawna robią wiele hałasu, kąpią się, muskają granatowe piórka, niosą potężne patyki niezbędne do budowy gniazda, przeganiają intruzów. Gawronie osiedle w parku pałacowym wre życiem. A więc moje wszystkie skrzydlate są w komplecie. Cieszę się. A kiedy nadchodzi zmierzch płaczę po lisach. Przetrwały zimę, by zginąć u progu wiosny w obronie gniazda. Człowiek jest bez wyobraźni, czy bez serca?

Przez lisy moje wiosenne "Hosanna" ma osad smutku.

Kaczyńscy a woda sodowa

2010-04-14

Ledwie otrząsnęłam się po wiadomości o tragedii jaka rozegrała się pod Smoleńskiem, a tu przypadkiem słyszę w tv, że pochowają prezydenta z żoną obok Piłsudskiego. Przypadkiem, bo nie da się oglądać telewizji. Bez przerwy dziennikarz (dziennikarka) zaptytują zbolałym głosem "dlaczego? jaka będzie Polska bez...? jak to wpłynie na nas? co będzie dalej". A prawdopodobnie za kulisami rechoczą i dowcipkują. Jak dotąd prezydent nie był ich ulubieńcem. W studio nakręcają histeryczną atmosferę. Naród zwariował. Rozumiem smutek, ból, ale bez przesady. Życie idzie dalej. Prezydent nie wyróżnił się niczym specjalnym na tle Wałęsy czy Kwaśniewskiego. Czy ludzie zapomnieli o chamskim "S...dziadu!"? Dalczego, uważając się za osobę na poziomie, dopuścił tak nędzny chwyt przedwyborczy jak wynalezienie dziadka w Wehrmachcie? To było na poziomie komuchów. To dla nich było tzw. pochsoc "kim był tata, ile miał morgów". Co z przeprosin, jak się mleko rozlało. Owego dnia postanowiłam nie głosować na PiS. Kaczyński na pewno wiedział o działaniu Kurskiego. A Kurski nadal się cieszy przynależnością do PiS. No, a teraz ta katedra krakowska. "Znaj proporcją , mociumpanie!" Taki bohater, bo zginął w katastrofie lotniczej? A czemu jego kancelaria nie dopilnowała by tyle śmietanki nie wieźć jednym samolotem? Chyba prezydent wiedział z kim leci. Ale gdyby leciały dwa samoloty ile to dziennikarze by mieli do gęgania!!!

Teraz do roboty wziął się zapewne braciszek i chce wepchać rodzinę do krypty Srebrnych Dzwonów. Śmieszne i żałosne! Współczuję im. Są w Warszawie miejsca godne: Powązki, Aleja Zasłużonych, katedra św.Jana. W Warszawie spoczywa Ignacy Paderewski, Stefan Wyszyński. Nie jest to takie byle jakie miasto. Sądzę, że ani Matka prezydenta, ani Córka tego nie wymyśliły i raczej są zażenowane. Jego Eminencja Stanisław kardynał Dziwisz zbyt długo przebywał we Włoszech i zapewne nie chwyta niuansów polszczyzny. Mówi o bohaterskiej śmierci prezydenta. Ej, Stosek, przecie bohater, to taki ktoś co se moze przebierać, wybierać wedle woli. Moze uciec, ale sie zaweźmie i pódzie na przociw śmierzci. Kie mu sie udo to fajnie, a kie nie to ostanie sie bohaterem. A prezydent nie mioł w ciym wybieroć. Jego śmierć jest tragiczna. A dlaczego to się stało? Kto wie? Ale to nieładnie Panu Bogu o garnkach zaglądać.

Krokodyle łzy dziennikarzy

2010-04-14
Co będzie z Polską - pytają zatroskani dziennikarze - jaka będzie. Dobrze powiedział jakiś wojskowy: My mamy procedury, wiadomo kto obejmie dowództwo. Ładnie by było gdyby śmierć dowódcy powodowała zamęt. Jakby się wojny prowadziło? A w innych miejscach? W innych miejscach też się otworzyły wakaty. Będzie się o co bić i na kogo boczyć. Wyścig na czoło rozpoczęty! Niejeden zastępca cieszy się: Opatrzność czuwała, że to nie ja miałem mianowanie. Tak bym już nie żył! Nowi dyrektorzy i prezesi obejmą stanowiska. Nieznaczny ruch awansowy na dalszych. Czego się martwić? Ci co naprawdę pracują zostali w Warszawie, znają sprawy i we właściwej chwili podsuną nowemu szefowi to co trzeba podpisać, to co powinno się odleżeć, a coś tam zginie, nie wiadomo w jakiej szafie.

Od wojny - krzyczą dziennikarze - nie było tak strasznej katastrofy! Pytam: a samolot na Policach w 1969 r.? A katastrofa pod Warszawą w Lesie Kabackim? Co było z hodowcami gołębi w Chorzowie? Czy cierpienia tamtych rodzin nie były wielkie i godne wspomnienia, czy np. śmierć wybitnego językoznawcy Z. Klemensiewicza mniej znaczy niż śmierć prezesa? Co mówić o ciągłych katastrofach górniczych? Górnicy to prawdziwi codzienni bohaterowie.

Posiedzenie sejmu po katastrofie. Oto puste miejsca! Jak pamiętam w sejmie bardzo często jest zbyt wiele pustych miejsc i to powinno wzbudzać rozpacz. Jeszcze nigdy w tej sali nie było tak smutno! (Sala posiedzeń). Owszem, za każdym razem, gdy posłuszni posłowie posłusznie podnosili ręce. "Kto jest przeciw? Nie widzę! " To były smutne, hańbiące posiedzenia.

Ciekawe, czy opinia publiczna zapozna się z prawdziwą wersją przyczyn katastrofy, czy będzie się ona pokrywać z oficjalną? Jeden z pilotów coś za dużo mówił o naciskach wywieranych na pilotów, o asertywności. Nieporozumienie, buta, pycha, co było przyczyną?

Ludzie wołają "przeklęta ziemia", pytają o takiego tam jest, że tyle nieszczęścia w jednym zakątku. Cośmy zawinili? należy spytać. Poczytajmy trochę historii, odświeżmy sobie czasy tego bałwana Zygmunta III, który nas wpakował w tarapaty za które do dziś spłacamy rachunki. Spójrzmy na skrwawioną ziemię smoleńską i przeprośmy za nasze grzechy. Może warto by odprawić w Uspienskim Soborze mszę ekumeniczną za ofiary dwuletnich walk o Smoleńsk.

Może ich dusze proszą o pamięć?

Odlot

2010-10-03

Przedwczoraj zobaczyłam klucz - ostre V na niebie. Leciały bezgłośnie, a może ich krzyk wiatr niósł w inną stronę? Leciały w stronę godziny czwartej. Moje niebo dzielę na godziny, są to punkty w których słońce jest nad horyzontem o danej godzinie. Zenit słońca wyznacza +- godzinę 12, wschód o wpół do siódmej z końcem września zagląda zza domu sąsiada (niestety). Nie potrzebuję zegarka. Położenia słońca, nasilenie barwy świata znakomicie daje pojęcie o porze dnia. Dziwimy się, że starożytni tak znakomicie znali niebo. A ono nie było skażone mgłą i światłami osiedli jak teraz. Dużo czasu spędzali w otwartej przestrzeni, patrzyli i zapamiętywali. Ja też mam czas. Zwłaszcza kiedy Nerwus pracuje, albo idzie do szpitala na swoją chemię. Plączę się po polu, polu w naszym znaczeniu Nerwusa i moim. Dwór idiotyczna nazwa dla tego co na zewnątrz domu. Dwór to lepszy dom, zamieszkały przez szlachtę i ziemian. Śmieszne byłoby "dwór powierzchni", "dwór wyobraźni", "dwór do działania", "dwór bitwy". Dlaczego więc pole, czyli na zewnątrz domu ma być błędne? ma być regionalizmem? czemu nie dwór? My z Nerwusem jak te ptaki przelecieliśmy setki kilometrów, by los nas połączył w swoim dziwnym kaprysie, albo Bóg w sobie tylko wiadomym celu. Zbudowaliśmy wreszcie gniazdo i mamy nadzieję, że doczekamy tu końca naszych dni, coś jak "Dziad i baba" Kraszewskiego

Czterdziesta rocznica

2010-11-28

Dziś upływa 40ta rocznica naszego ślubu z Julkiem. Oczywiście jestem sama. Widać tak wychowałam dzieci. Jak wychowałam tak mam. Do tego Nerwus nie wiadomo czemu się obraził i wyjechał. Kiedyś to mnie poruszało. Przepraszałam (nie wiedząc za co, tak dla świętego spokoju). Byłam przerazona. Teraz mnie to nic nie obchodzi. Nerwus zbyt długo grał na moich uczuciach. Wypaliło się. Jestem tylko i wyłącznie zmęczona. Pojechał - dobrze, jest - drugie dobrze. Myślałam, że w tę pierwszą śnieżną niedzielę spędzimy razem. Napaliłam w c.o. A on się obraził, że nie chcę powiedzieć ile zarabiają moje dzieci. Chciał bym przysięgła, że nie wiem. To wieczne przysięganie! Nie wiem ile zarabiają. Widać dość by żyć. Nie zadaję pytań ludziom. Nie umiem. Zbyt długo się uczyłam, że im się mniej wie tym lepiej. Tyle razy ludzie coś mi mówili i prosili o dyskrecję. Sama nie pamiętam co zastrzegali, a co nie. A ile razy jak ktoś się zbytnio dopytywał podrzucałam wyssaną z palca opowieść. I o to się obraził. Histeryzował, że przeze mnie źle się czuje, że moze przeze mnie trzeba wezwać pogotowie. Ile razy to słyszałam! Sam zaczął ścielić łóżko i natychmiast siadł i mierzył ciśnienie. Więc patrzę samotnie w nieskalaną biel pól, na szare lasy i zastanawiam się, dlaczego pozwalam psuć sobie resztę życia takimi dąsami. Przecież z Nerwusem jestem tak czy siak sama. Jesteśmy obok siebie nie razem. Życie z Julkiem było rajem, teraz zeszłam na ziemię lub może do czyśćca. Może Ziemia to czyściec?

Nerwus posiadacz

2012-09-15

Nerwus daje do zrozumienia, że wszystko jest jego i nie mam nic do powiedzenia. Wymógł na mnie oświadczenie, że mój testament w kwestiach dotyczących M. i C. ma być zgodny z jego testamentem! Niezły łamaniec! opowiada wszystkim, że go okradłam i obraz, szafę i kredens dałam do Wandy! Stale chce mi dokuczyć. Najgorzej to zrobić coś dla kogoś - nie wybaczy.

Tak więc nie mam domu, mieszkania, niczego nieruchomego. Mam kilka krzewów porzeczek na cudzym gruncie, jedną śliwę, jedną borówkę amerykańską. Mam sosny, brzozy, trudno mi dokładnie policzyć. Z ruchomości, prócz ciuchów, książek, mam psy i kury. Czyli jestem zupełnie wolna. Mogę być tu czy tam, wszystko jedno. Psy niedługo pozdychają, kury też krótko żyją. Będę mogła pójść w świat, albo pojechać na rowerze, Nie wiem, czy Nerwus na tym dobrze wyjdzie.

Będzie miał wszystko, ale będzie sam.

Głos

2012-10-14

Dziś na mszy o 9tej był gościnnie jakiś ksiądz. Nie wiem kto, bo się trochę spóźniłam i weszłam dopiero na spowiedź powszechną. Koncelebrował z księdzem Mariuszem. Starszy. Głębokie bruzdy mocno odcinały się na jego twarzy tworząc czarne kreski prawie od nasady nosa aż po kąciki ust. Kształt czaszki przypominał mi zarys ES.U... Nie było słychać jego głosu, ale było widać ruch warg świadczący o dobrym ustawieniu głosu, głosu, który bez głośnika może być z daleka słyszany. Odmówił dopiero modlitwę po Podniesieniu. Zamknęłam oczy i słuchałam jego głosu. Och, jak dawno nie słyszałam takiego głosu! Uświadomiłam sobie jak bardzo mi go cały czas brakuje. Głos człowieka inteligentnego, wykształconego, dobrze wychowanego... Gdzie się podziały takie głosy? Modlił się spokojnie, nie za szybko, ale i nie za wolno. Nie klepał tekstu, który w końcu mówi z pewnością od dobrych 50 lat, albo i dłużej. Właściwie rozkładał akcent, intonację, tak jakby mówił do Boga ten jeden, jedyny raz te zdania. Niestety żyję w takim środowisku jakie w pewnym stopniu sama wybrałam i sama sobie tego piwa nawarzyłam. Głosy moich dzieci, no tak, ale to są głosy moich dzieci, tak jakby się nie liczyło. Daniel jest pomostem do tamtych, dawno utraconych głosów. Ani radio, ani telewizja już nie dba o dobrze ustawione głosy. Są wrzaskliwe, krzykliwe, wymamlane byle jak, mowa pełna słów wytrychów, coraz więcej wulgaryzmów. Pewne siebie gąseczki rzucają dla usprawiedliwienie "mówiąc kolokwialnie", (a co to jest colloquium?) Dziennikarze nie słuchają swoich rozmówców, wiedzą lepiej. Pamiętam Mieczysława Gębarowicza - jak on słuchał! Jak on słuchał mnie, licealistki! Cała jego postać zdawała się sygnalizować "mów, słyszę i słucham". Zresztą rozmówcy też przychodzą jak ostatni szmaciarze, byle jak ubrani, w czapkach na głowach, siedzą rozwaleni, stopy trzymający na kolanie. A potem spikerka oświadcza "był moim i państwa gościem". Gdyby taki pajac przyszedł do mojego domu, to więcej bym go za próg nie wpuściła. Gdzie się podziała elegancja, dobre maniery, piękna mowa?

Połowa października





2012-10-16

Ranek wstał jakiś opóźniony. Niebo róźowe, ale pochmurne. Barometr maleńko spadł, ale spadł. Gucio piał, nie sfrunął jednak na ziemię, a jego panie jakoś się też ociągały. Było ciepło. Chodziłam w samej bluzce. Za czasów mojego dzieciństwa ubierało się jesienny płaszcz. W 1973 r. na Jadwigi spadł śnieg i nasza malutka Martusia oczarowana wołała: "pianka! pianka!" Kojarzyła to sobie z pianą w wannie.

Mogło się zdawać, że to pochmurny sierpniowy dzień. W pewnej chwili usłyszałam nade mną krzyk - gęganie: Leciał sznur dzikich gęsi... One nie miały wątpliwości - ostatni moment do odlotu. Żegnały mnie, a ja wołałam za nimi, by zdrowo do nas powróciły. Oby żaden myśliwy nie zabawił się nimi w Pana Boga. I jak zwykle pomyślałam o mojej kochanej nianiusi, pannie Broni Karczewskiej, czy Karczowskiej, bo coś jej pokręcili w dowodzie osobistym. Nianiusia brała mandolinę, grała na niej i tęsknie śpiewała: "skowroneczku, szare ptaszę..." Mam nadzieję, że teraz tam w niebie gra sobie na mandolinie i śpiewa biednym dzieciom, które za wcześnie utraciły mamusie. O szarej godzinie siada przy nich i śpiewa o skowroneczku, który wiosną powróci, a dzieci cichutko zasypiają.

Teraz rozpadał się deszcz. Mokre kury łapczywie wydziobują karmę. Gołębie umyły piórka i wlazły do swej budki. Zapaliłam w piecu. Jesień.


Rezerwat

    Nie przejawiałam entuzjazmu dowiedziawszy się, że pójdę do szkoły. Wzbudziło to w moich starszych obawy co do mojej przyszłości i przestawili mi alternatywę: Nie będziesz się uczyć to będziesz gęsi paść. Miałam, nie wiem skąd, czytane mi przez babcię Adzię i na bieżąco tłumaczone z niemieckiego, skrócone wydanie Kinder- und Hausmärchen. Na jednym z obrazków widniała gęsiareczka siedząca na trawce nad błękitną rzeką, a wiatr rozwiewał jej prześliczne złote włosy. Gąski się pasły. Cisza, spokój, sielanka. Wybór był prosty: Cały dzień na polu, na słoneczku, bez trosk, bez myśli o dzwonkach, nauce, odrabianiu lekcji w domu. Ale wybór był jedynie w teorii. To co mi pozostawało, to uczyć się jak najlepiej, żeby jak najszybciej skończyć szkołę i odzyskać wolność.

     We wsi, z którą byłam związana, było gospodarstwo rolne ze stadem krów. Piękne, czerwone krowy rasy polskiej, zwane czasem sarnami, pasły się na stoku góry leżącej za wsią. Zimne, górskie noce im nie szkodziły. Udojone mleko zwożono z pastwiska w dolinę do gospodarstwa, gdzie było poddawane różnym cudeńkom. Braliśmy stamtąd mleko. Było pyszne. Na zimę krowy wracały do jasnej, bielonej wapnem obory. Nad boksami wisiały imiona krów i ich rodziców.

     Miałam jedenaście, może dwanaście lat kiedy dowiedziałam się, że na świecie produkuje się mleko, wołowinę, bo tak wypada nazwać hodowlę krów pozbawionych pastwisk, żywionych mieszankami niewiadomo czego, zamkniętych w gigantycznych oborach, w których nie żyją Maliny, Krasule, czy Cyrwone, tylko jakieś numerki. Moje przerażenie dopełniła wiadomość, że nikt ich nie prowadzi do byka, że są pozbawione nawet tej normalnej przyjemności. Postanowiłam, że jak będę duża, jak będę miała mnóstwo pieniędzy (jakiś milion dolarów) kupię ogromną ilość hektarów, na których wszystko się będzie dziać tak jak było stworzone, gdzie przyroda będzie wolna.

    Nigdy nie brakowało mi pieniędzy, ale też nigdy nie miałam ich dużo. Budżetówka, najniższa siatka. Znów jestem na wsi. Mam tu siedlisko - tak pokierował los. Mój ogród, a właściwie to co się znajduje w ogrodzeniu, wywołuje pogardę ludzi, którzy lubią porządek, plan, rozmieszczenie grządek, tu kwiatki, tam rabatki, a ówdzie marchew, cebula, koper. Nie mam gęsi. Moje kochane kury (każda z własnym imieniem) oraz kogut dziobią sobie gdzie popadnie i niszczą piękno trawy. Nigdy nie wiem gdzie uścielą sobie gniazdo, czy w kurniku, wśród trzcin, pod krajzegą, czy opustoszałej psiej budzie.
Trawa rośnie gdzie się jej uda zapuścić korzenie. Drzewa i wrzosy tam gdzie się zasiały, gdzie nasiona przywiał wiatr, albo zachomikowały jakieś zwierzątka. Wiosną koło szopy, czy pod nią, rodzą się zajączki i muszę pilnować psy, by się do nich nie dobrały. Mogłabym dostać jakiś dyplom ochrony przyrody - sprawdziłam - żyją tu wróble, chyba ze dwadzieścia. Rano mi świergocą, a kiedy wychodzę przed dom wzbija się w górę całe stadko i z drzewa patrzy kiedy sypnę ziarno dla kur.

Mazurki też nim nie gardzą. Kawki patrzą na to z komina i czasem słychać jak w nim urzędują. Metalicznie lśniące gawrony wydłubują w ziemi dziury w poszukiwaniu robaczków, wyjadają cebulki kwiatów, kąpią się w pośniegowych wodach. Ostatnio, może dzięki temu że drzewa sporo podrosły, pojawiły się dwie sojki i podjadają nasiona słonecznika sikorkom. Nawet je trochę podejrzewam o kradzież słoninki. Na to wszystko z wysoka drapieżnie patrzy myszołów. Tylko żal mi dzięcioła zielonego, który został śmiertelnie potrącony niedaleko na szosie. Czemu mu nie wystraczyły moje mrówki? no, czemu? Tak więc ni z tego ni z owego mam u siebie przedstawicieli pięciu gatunków chronionych. Oprócz nich lata tu i lęgnie kilka ptaków, przedstawicieli innych gatunków. Miałam takie wspaniałe marzenia, a taką maleńką realizację. Ale niechby każdy miał choćby na taką skalę.