Antek jest takim dziwnym człowiekiem. Nie wiem czym jest nasz związek. Czy z mojej strony jest miłość, a z jego litość? Mówią, że mężczyźni nie są skłonni do poświęceń, że jeśli się ze mną spotyka, jeśli tak patrzy, jeśli męczy się tańcząc ze mną, to czuje coś więcej. Kiedy powiedziałam mu, że go kocham, powiedział "ja też ciebie lubię, ... trochę". A potem mruczał o przyzwyczajeniu, o trudności w rozstaniu, o scenach zazdrości, o tym jak nie lubi "robienia patelni i palcówki". Brzmiało to okropnie. A jego pocałunku są takie wspaniałe. Czy nie kochając można tak całować? Spotykamy się każdego dnia. Wita mnie i żegna na messengerze i przesyła wiele piosenek, wszystkie o miłości. No, cóż? Piosenki o miłości są melodyjnie, a on lubi melodie do tańca. Jednak przesyła je również innym. Przesyła Bogusi. Przekomarza się na messengerze, ale z Bogusią też. Czyta to mi, a jeśli z jakąś kobietą się spotka, to mi to mówi, żebym się od niego dowiedziała, a nie od osób uprzejmych. Wysyła Bogusi bo jest samotna. Ale może tak samo mi? Bogusia mu się podoba. Mówi o niej "szprycha". Minęło już kilka miesięcy, a ja wciąż jestem w tym samym miejscu, jak zaczarowana. Na próżno chodzę do lasu mocy. Tańczy ze mną nieprzyzwoicie, aż kroki mi się mylą i nie mogę oddychać. A jednak nie chce się zbliżyć na spotkaniu. Dotyka moich piersi, ale przez ubranie, ostatnio pogłaskał na dole, ale przez spodnie. A ja głupieję z pożądania, a mnie się wydaje, że się spalę, że umrę. Przesłał mi swoje nagie zdjęcie. Chociaż twierdzi, że na skutek choroby prostaty nic nie może, jednak na zdjęciu widać, że tak źle nie jest. Wyobrażam sobie jego dotyk, jego ucisk, jego wejście we mnie i ogarnia mnie rozpacz, że wciąż chce być wierny żonie, która go nie chce, która pozwala mu mieszkać daleko. Tak bym chciała mu rzucić: "Człowieku! Jeśli jest prawdą, że od ośmiu lat nie śpicie razem, od kilku nawet nie mieszkacie (to ostatnie jest absolutną prawdą) to na jakiego chuja jeszcze ciągniecie tą fikcję?! Że 48 lat temu młody chłopak ślubował młodej dziewczynie, że jej nie opuści, a młoda dziewczyna, że będzie w zdrowiu i w chorobie, że będzie posłuszna mężowi, starzy ludzie, którzy już dawno są zupełnie inni i fizycznie i psychicznie, mają się ze sobą męczyć?" W Warszawie prawdopodobnie już dawno by się rozwiedli i urządzili nowe porządne życie. Dostaliby rozwód po pierwszej rozprawie. Dzieci mają już grubo po trzydziestce i pewnie mają w nosie co się dzieje z rodzicami. Mają własne problemy sercowe, małżeńskie. Kiedyś łączył ich seks, potem wychowywanie dzieci, zaczął dzielić alkohol, nagle okazało się, że mają różne upodobania, że mają inne poglądy, że nic już ich nie łączy. Trudno jednak bym mu to wszystko powiedziała. Muszę uszanować jego zdanie i kląć pod nosem.
Czy dostałam wspaniały dar, czy ciężką karę?
notatki
piątek, 11 stycznia 2019
piątek, 23 lutego 2018
Przyjazd
04.2009
Syneczek znów przyjechał. Na jak długo? Zadziwiające jak z uporem wartym lepszej sprawy Nerwus go zaprasza do roboty. Scenariusz powtarza się do znudzenia. Syneczek przyjeżdża. Dostaje robotę do wykonania. Nerwus co chwilę wpada do kuchni, wznosi oczy w niebo, wypada do hali. Wieczór woła na spacer (nigdy nie chodzi na spacery). Wylicza co zostało zepsute, gdzie się syneczek skaleczył i po co go zapraszał. Drugi, trzeci dzień jw. Pod koniec tygodnia kolejno wpadają do kuchni by opowiedzieć co druga strona zrobiła. Syneczek grozi, że pojedzie. Nerwus hamuje się jak może. No trudno chore dziecko. Kto je zrobił? Chyba sąsiad. To nie może być mój syn. Nie może! Słucham, ale jak nie jego skoro wszystko co syneczek robi drażniącego, wypisz wymaluj tatuś. To przez matkę taki durny! Ile razy można powtarzać "Było siedzieć w chałupie na dupie z żoną, za kurwami nie gonić, dzieci pilnować!" Teść za szybko umarł, chłopaka chowały kobity matka, babka, siostra. Jak do nas przyjeżdżał i zaczynałam musztrować, to słyszałam od Nerwusa, że Synek zmęczony. A ja byłam oczywiście wypoczęta po ośmiu godzinach pracy, godzinie dojazdu i dwóch kilosach na piechotę. (Oczywiście z tobołami jedzenia). No, więc pretensje do siebie. W drugim tygodniu spięcia coraz częstsze. Potem nagła decyzja wczesnym rankiem. Synek pakuje plecak, woła o kasę, spięcie. Wychodzi bez pożegnania. Nerwus utyskuje: Po co go zapraszałem! Tyle napsuł! Same straty! Telefon z wyrzutami do byłej. Kilka tygodni przerwy. Telefony do Syneczka "jesteś tu potrzebny". Syneczek nie ma ochoty. Na tapetę wychodzi TESTAMENT. Wszystko dostaną Ukrainki. Pewnie ta arogancka bździągwa Witusia. Nerwus marudzi, miota się, dzwoni, dzwoni, grozi, dzwoni, grozi. W końcu Synek się zjawia. Tak jak dziś. Oczy wzniesione w niebo. Po co go ściągałem? Faktycznie, po co??????????????????????????????????????????????
Syneczek znów przyjechał. Na jak długo? Zadziwiające jak z uporem wartym lepszej sprawy Nerwus go zaprasza do roboty. Scenariusz powtarza się do znudzenia. Syneczek przyjeżdża. Dostaje robotę do wykonania. Nerwus co chwilę wpada do kuchni, wznosi oczy w niebo, wypada do hali. Wieczór woła na spacer (nigdy nie chodzi na spacery). Wylicza co zostało zepsute, gdzie się syneczek skaleczył i po co go zapraszał. Drugi, trzeci dzień jw. Pod koniec tygodnia kolejno wpadają do kuchni by opowiedzieć co druga strona zrobiła. Syneczek grozi, że pojedzie. Nerwus hamuje się jak może. No trudno chore dziecko. Kto je zrobił? Chyba sąsiad. To nie może być mój syn. Nie może! Słucham, ale jak nie jego skoro wszystko co syneczek robi drażniącego, wypisz wymaluj tatuś. To przez matkę taki durny! Ile razy można powtarzać "Było siedzieć w chałupie na dupie z żoną, za kurwami nie gonić, dzieci pilnować!" Teść za szybko umarł, chłopaka chowały kobity matka, babka, siostra. Jak do nas przyjeżdżał i zaczynałam musztrować, to słyszałam od Nerwusa, że Synek zmęczony. A ja byłam oczywiście wypoczęta po ośmiu godzinach pracy, godzinie dojazdu i dwóch kilosach na piechotę. (Oczywiście z tobołami jedzenia). No, więc pretensje do siebie. W drugim tygodniu spięcia coraz częstsze. Potem nagła decyzja wczesnym rankiem. Synek pakuje plecak, woła o kasę, spięcie. Wychodzi bez pożegnania. Nerwus utyskuje: Po co go zapraszałem! Tyle napsuł! Same straty! Telefon z wyrzutami do byłej. Kilka tygodni przerwy. Telefony do Syneczka "jesteś tu potrzebny". Syneczek nie ma ochoty. Na tapetę wychodzi TESTAMENT. Wszystko dostaną Ukrainki. Pewnie ta arogancka bździągwa Witusia. Nerwus marudzi, miota się, dzwoni, dzwoni, grozi, dzwoni, grozi. W końcu Synek się zjawia. Tak jak dziś. Oczy wzniesione w niebo. Po co go ściągałem? Faktycznie, po co??????????????????????????????????????????????
Nerwus
2009-04-13
No, i pierdyknęło. W Wielką Sobotę Nerwus zaczął swoją ulubioną śpiewkę "wszystko zapiszę Ukrainkom". Synek zaczął obracać wszystko w żart. No, bo co innego można robić, gdy kolejny raz się słyszy taki tekst. Że niby obalimy testament, a to, że się dogadamy i takie tam ple, ple. A Nerwus dalej i dalej, o śmierci. Miałam dość, bo nie lubię takiego gadania. Mówię, że są święta, że to nie ma co gadać, bo to się źle skończy. I w tym momencie Nerwus się zerwał na równe nogi i buch pięścią w stół, raz, drugi, trzeci. Herbata mi się wylała, psy wyczołgały z kuchni. Nerwus w szlagowatym kolorku, znów pięścią w stół i rozgląda się co tu jeszcze rozbić, walnął w szafkę. Chwilkę się zastanowił nad laptopem, ale zrezygnował i tylko rozbił o podłogę moje etui na okulary. Szczęściem okulary były gdzie indziej. Synek chyba nie widział Nerwusa w akcji, wyszedł do siebie, ja wzięłam kurtkę, psy i w pole. Synek się spakował i z daleka zobaczyłam jak zmierza do autobusu. Potem widziałam jak Nerwus w pośpiechu wyprowadza auto i gna nim do przystanku. W drugą stronę mknie busik. Pewnie Synek się na niego załapał. Wróciłam do domu. Nerwus też, już spokojniutki. No i wyrzuty sumienia. Szkoda, że ostatni autobus już wyszedł z Lublina. Śledzę rozkłady. Tak, pociągów też nie ma. Uuu, no a w I dzień Wiekanocy tyle kursów wycofanych... Niepokój Nerwusa wzbiera, pierwszy pociąg 9.15... Co będzie całą noc robił w obcym mieście? Obawa o Synka narasta, narasta. I skończyło się jazdą do Lublina, odszukaniem Marnotrawnego i powrót o pierwszej w nocy do domu.
No, i pierdyknęło. W Wielką Sobotę Nerwus zaczął swoją ulubioną śpiewkę "wszystko zapiszę Ukrainkom". Synek zaczął obracać wszystko w żart. No, bo co innego można robić, gdy kolejny raz się słyszy taki tekst. Że niby obalimy testament, a to, że się dogadamy i takie tam ple, ple. A Nerwus dalej i dalej, o śmierci. Miałam dość, bo nie lubię takiego gadania. Mówię, że są święta, że to nie ma co gadać, bo to się źle skończy. I w tym momencie Nerwus się zerwał na równe nogi i buch pięścią w stół, raz, drugi, trzeci. Herbata mi się wylała, psy wyczołgały z kuchni. Nerwus w szlagowatym kolorku, znów pięścią w stół i rozgląda się co tu jeszcze rozbić, walnął w szafkę. Chwilkę się zastanowił nad laptopem, ale zrezygnował i tylko rozbił o podłogę moje etui na okulary. Szczęściem okulary były gdzie indziej. Synek chyba nie widział Nerwusa w akcji, wyszedł do siebie, ja wzięłam kurtkę, psy i w pole. Synek się spakował i z daleka zobaczyłam jak zmierza do autobusu. Potem widziałam jak Nerwus w pośpiechu wyprowadza auto i gna nim do przystanku. W drugą stronę mknie busik. Pewnie Synek się na niego załapał. Wróciłam do domu. Nerwus też, już spokojniutki. No i wyrzuty sumienia. Szkoda, że ostatni autobus już wyszedł z Lublina. Śledzę rozkłady. Tak, pociągów też nie ma. Uuu, no a w I dzień Wiekanocy tyle kursów wycofanych... Niepokój Nerwusa wzbiera, pierwszy pociąg 9.15... Co będzie całą noc robił w obcym mieście? Obawa o Synka narasta, narasta. I skończyło się jazdą do Lublina, odszukaniem Marnotrawnego i powrót o pierwszej w nocy do domu.
Wtorkowy powrót
2009-04-14
Jak wypełzłam na pole usłyszałam jednostajny szum silników jakby sto samolotów nadlatywało. Zagłuszał nawet poranne śpiewy skowronków, krakanie pałacowych wron i gawronów. Z góry, przez dolinę i pod górę ciągnął się równy sznur samochodów. Niekończąca się karawana dostojnie poruszała się metr po metrze. Wzbijające się w górę słońce zaczęło wydobywać z okienek srebrzyste, oślepiające refleksy. Chwilami zdawało się, że sznur się kończy, lecz znów zza góry pojawiały się następne samochody, duże, małe, olbrzymie, różnobarwne. W końcu nie słyszałam już żadnego szumu. Wydawało się, że ciągną w kompletnej ciszy. Nie dobiegał do mnie żaden dźwięk, a pewno grały radia, dudniły głośniki. Czasem tylko błękitne światła pogotowia i przeraźliwy sygnał monotonię.Podróżni posuwali falami, jedni znikali, inni się nadjeżdżali. Słońce minęło zenit i zmierzało ku DRZEWOM ÓSMEJ GODZINY. Korek trwał i trwał przypominając jakiś bezsensowny, gigantyczny taniec. Szyby przybierały czerwonawe barwy zachodu. Auta przesuwały się niezmordowanie. Słońce wypełniło swój plan i wieczorny chłód zaczął snuć nad bagnami pasma mgły. Szosa utonęła w ciemności jedynie czerwień światełek przechodząca w oślepiającą jasność przednich lamp świadczy, że tam, za oknami trwa balet pod tytułem Świąteczny powrót.
Jak wypełzłam na pole usłyszałam jednostajny szum silników jakby sto samolotów nadlatywało. Zagłuszał nawet poranne śpiewy skowronków, krakanie pałacowych wron i gawronów. Z góry, przez dolinę i pod górę ciągnął się równy sznur samochodów. Niekończąca się karawana dostojnie poruszała się metr po metrze. Wzbijające się w górę słońce zaczęło wydobywać z okienek srebrzyste, oślepiające refleksy. Chwilami zdawało się, że sznur się kończy, lecz znów zza góry pojawiały się następne samochody, duże, małe, olbrzymie, różnobarwne. W końcu nie słyszałam już żadnego szumu. Wydawało się, że ciągną w kompletnej ciszy. Nie dobiegał do mnie żaden dźwięk, a pewno grały radia, dudniły głośniki. Czasem tylko błękitne światła pogotowia i przeraźliwy sygnał monotonię.Podróżni posuwali falami, jedni znikali, inni się nadjeżdżali. Słońce minęło zenit i zmierzało ku DRZEWOM ÓSMEJ GODZINY. Korek trwał i trwał przypominając jakiś bezsensowny, gigantyczny taniec. Szyby przybierały czerwonawe barwy zachodu. Auta przesuwały się niezmordowanie. Słońce wypełniło swój plan i wieczorny chłód zaczął snuć nad bagnami pasma mgły. Szosa utonęła w ciemności jedynie czerwień światełek przechodząca w oślepiającą jasność przednich lamp świadczy, że tam, za oknami trwa balet pod tytułem Świąteczny powrót.
Nerwus i psy
2009-04-16
Wczoraj Nerwus zdziwił się, że Brąz ułożył się na kożuchu. Skąd wiedział, że kożuch został położony dla niego? Przecież wyraźnie mu powiedziałam: Poklepałam go po grzbiecie, poklepałam kożuch, znów poklepałam Brąza i powiedziałam, że to jego. Do psów trzeba mówić spokojnie, niezbyt głośno, to wiele rozumieją. Coś jak słaby, niepewny uczeń. Będziesz Wrzeszczeć, znieważać - zablokuje się na amen. Powiesz spokojnie, przyjaźnie, to czasem zdoła z wdzięczności przejść samego siebie. Najgorzej jak Nerwus wrzeszczy a Ruda i Brąz nie wiedzą o co chodzi. Sprawa nie jest prosta lub dotyczy ludzi, a oni się nagle napatoczą i obrywają. Jak słyszą wrzask i nagłe walenie w stół, wywracanie sprzętów starają się umknąć. Brąz skulony wypełza do sieni, podobny do znikającej brązowej plamy. Ruda majestatycznie podnosi się, jak przystało na starszą panią, której jako matce rodu należy się szacunek i z godnością podąża śladem syna. Ja muszę przyznać coraz częściej tak jak one mogę stwierdzić "Nie rozumiem o co Panu chodzi". Wczoraj co i rusz drażniło go to o co pytam (dać wam obiad? zjecie na polu?wszystko w porządku? cola czy herbata?). Chcesz się ze mną kłócić? odpowiadał. Coraz częściej w takich wypadkach przyjmuję taktykę psów. Znikam. Uciekam w pola. Wracam kiedy zapadną ciemności, a psy ze mną. Jeszcze trochę a stanę się psem.
Wczoraj Nerwus zdziwił się, że Brąz ułożył się na kożuchu. Skąd wiedział, że kożuch został położony dla niego? Przecież wyraźnie mu powiedziałam: Poklepałam go po grzbiecie, poklepałam kożuch, znów poklepałam Brąza i powiedziałam, że to jego. Do psów trzeba mówić spokojnie, niezbyt głośno, to wiele rozumieją. Coś jak słaby, niepewny uczeń. Będziesz Wrzeszczeć, znieważać - zablokuje się na amen. Powiesz spokojnie, przyjaźnie, to czasem zdoła z wdzięczności przejść samego siebie. Najgorzej jak Nerwus wrzeszczy a Ruda i Brąz nie wiedzą o co chodzi. Sprawa nie jest prosta lub dotyczy ludzi, a oni się nagle napatoczą i obrywają. Jak słyszą wrzask i nagłe walenie w stół, wywracanie sprzętów starają się umknąć. Brąz skulony wypełza do sieni, podobny do znikającej brązowej plamy. Ruda majestatycznie podnosi się, jak przystało na starszą panią, której jako matce rodu należy się szacunek i z godnością podąża śladem syna. Ja muszę przyznać coraz częściej tak jak one mogę stwierdzić "Nie rozumiem o co Panu chodzi". Wczoraj co i rusz drażniło go to o co pytam (dać wam obiad? zjecie na polu?wszystko w porządku? cola czy herbata?). Chcesz się ze mną kłócić? odpowiadał. Coraz częściej w takich wypadkach przyjmuję taktykę psów. Znikam. Uciekam w pola. Wracam kiedy zapadną ciemności, a psy ze mną. Jeszcze trochę a stanę się psem.
Nerwy Nerwusa
2009-04-16
Swoją ścieżką te nerwy Nerwusa! Wciąż na nie patrzę ze zdziwieniem pomieszanym z niesmakiem. Zachowuje się jak przedszkolak. Nie pamiętam czy się kiedyś tak zachowywałam...Czasem jak zdarzyło mi się zrobić coś niewłaściwego Babunia stawała nade mną i mówiła"dobrze, że nikt obcy tego nie widział (nie słyszał, nie wie), bo by był wstyd na całą familię". Zamierałam wtedy z przerażenia, wyraz familia robił na mnie wielkie wrażenie, bo nie wiedziałam co oznacza. A wszyscy obecni "wstępni" stali obok Babuni z potępieniem w oczach. Potem już wiedziałam, że familia to rodzina, ale myśl, że mogłabym przynieść wstyd rodzinie hamowała mnie w głupich zapędach. Rodzina była dla nas tak ważna jakbyśmy conajmniej byli włoską mafią, a Babunia Capo di tutti capi. A kiedy już poszła do nieba jeszcze bardziej pilnowałam się by niczego złego nie robić, bo wiedziałam, że Babunia teraz zna wszystkie moje uczynki tak jak sam Bóg, ale bardziej niż On nimi się martwi. Szkoda, że ludzie nie pamiętają już o swoich Babuniach, Dziadkach, Ojcach. A kiedy wreszcie sobie o nich przypomną może być już za późno.
Swoją ścieżką te nerwy Nerwusa! Wciąż na nie patrzę ze zdziwieniem pomieszanym z niesmakiem. Zachowuje się jak przedszkolak. Nie pamiętam czy się kiedyś tak zachowywałam...Czasem jak zdarzyło mi się zrobić coś niewłaściwego Babunia stawała nade mną i mówiła"dobrze, że nikt obcy tego nie widział (nie słyszał, nie wie), bo by był wstyd na całą familię". Zamierałam wtedy z przerażenia, wyraz familia robił na mnie wielkie wrażenie, bo nie wiedziałam co oznacza. A wszyscy obecni "wstępni" stali obok Babuni z potępieniem w oczach. Potem już wiedziałam, że familia to rodzina, ale myśl, że mogłabym przynieść wstyd rodzinie hamowała mnie w głupich zapędach. Rodzina była dla nas tak ważna jakbyśmy conajmniej byli włoską mafią, a Babunia Capo di tutti capi. A kiedy już poszła do nieba jeszcze bardziej pilnowałam się by niczego złego nie robić, bo wiedziałam, że Babunia teraz zna wszystkie moje uczynki tak jak sam Bóg, ale bardziej niż On nimi się martwi. Szkoda, że ludzie nie pamiętają już o swoich Babuniach, Dziadkach, Ojcach. A kiedy wreszcie sobie o nich przypomną może być już za późno.
Sierpień 2009
2009-08-24
Wczoraj pierwszy raz od oktawy Bożego Ciała zjawiły się gawrony w ilości niepoliczalnej. Opadły na nasze pole i na sąsiada. Zajęły ze dwa hektary. Znów było pełno gwaru, krzyków, nawoływań, krzątania się, przesiadania z miejsca na miejsce. Kocham te mądrale i tęskniłam za nimi. Czyżby przyleciały pokazać jak potomstwo dobrze sobie radzi? O tak, potomstwo dojrzało. Już nikt mi nie lądował na młodym czubku sosny, ani na wiotkiej gałązce brzozy. Obsiadły dach i płot i przewody elektryczne. Wielbiciel, a może wielbicielka opanował(a) lampę. A potem rejwach jak się nagle zaczął tak i nagle skończył. Niebo na południowym wschodzi pokryło się czarnymi sylwetkami przechodzącymi w czarne kropki. Noc była mglista, to już nie kłaczki nad mokradłem, lecz spowijająca wzgórza mgła. Jedynie niebo było gwieździste. Dzień wstał ciepły, niemal upalny, gdyby nie powiew ze wschodu. Wysoko usłyszałam krzyk żurawi. Leciały we trójkę coraz to zmieniając pozycję w kluczu, jakby przerabiały lekcję z manewrów. Może robiły młodemu próbny egzamin? Potem ni stąd ni z owąd pojawił się bocian. Biel skrzydeł odbijała od błękitu nieba. Leciał tak wysoko, że przez chwilę się bałam zderzenia z samolotem płynącym bezgłośnie na zachód. Kołował w górę, coraz wyżej i wyżej. Nie szukał kosiarek, ani pługów...Zrobiło mi się smutno. Smutno się rozstawać, nawet na parę miesięcy...
Wczoraj pierwszy raz od oktawy Bożego Ciała zjawiły się gawrony w ilości niepoliczalnej. Opadły na nasze pole i na sąsiada. Zajęły ze dwa hektary. Znów było pełno gwaru, krzyków, nawoływań, krzątania się, przesiadania z miejsca na miejsce. Kocham te mądrale i tęskniłam za nimi. Czyżby przyleciały pokazać jak potomstwo dobrze sobie radzi? O tak, potomstwo dojrzało. Już nikt mi nie lądował na młodym czubku sosny, ani na wiotkiej gałązce brzozy. Obsiadły dach i płot i przewody elektryczne. Wielbiciel, a może wielbicielka opanował(a) lampę. A potem rejwach jak się nagle zaczął tak i nagle skończył. Niebo na południowym wschodzi pokryło się czarnymi sylwetkami przechodzącymi w czarne kropki. Noc była mglista, to już nie kłaczki nad mokradłem, lecz spowijająca wzgórza mgła. Jedynie niebo było gwieździste. Dzień wstał ciepły, niemal upalny, gdyby nie powiew ze wschodu. Wysoko usłyszałam krzyk żurawi. Leciały we trójkę coraz to zmieniając pozycję w kluczu, jakby przerabiały lekcję z manewrów. Może robiły młodemu próbny egzamin? Potem ni stąd ni z owąd pojawił się bocian. Biel skrzydeł odbijała od błękitu nieba. Leciał tak wysoko, że przez chwilę się bałam zderzenia z samolotem płynącym bezgłośnie na zachód. Kołował w górę, coraz wyżej i wyżej. Nie szukał kosiarek, ani pługów...Zrobiło mi się smutno. Smutno się rozstawać, nawet na parę miesięcy...
Subskrybuj:
Posty (Atom)