Już prawie rok od śmierci Zbyszka. Zebrało mi się na podsumowanie moich poczynań od stycznia. Kupiłam sobie rower w moim kochanym Garwolinie, chyba w lutym. Kupiłam peugeota, tego bez gazu. Kupiłam nowy blat kuchenny, Paweł wylepił palenisko, oczyścił piec i wbudował ten blat. Wymalował mi też kuchnię. Uprawiłam ziemię, zasiałam owies i zebrałam go. To był nieudany pomysł. Spróbuję może w przyszłym roku, będę bardziej doświadczona, może dokupię sprzęt do mielenia ziarna. Potem bęc! Zabrakło wody w studni. Dałam wywiercić nowe ujęcie, odnowić pompę i podłączyć. Niestety natrafili na śmiecie i betony, które Zbyszek tam zakopał. Musiałam wynająć koparkę by przekopała rów. Potem nie mogłam się doczekać kiedy przyjadą usunąć betony i dokończyć zasypywania rowu. Leżą dotąd, ale rów zasypałam do końca, wydobywając po drodze śmiecie z ziemi. W związku z tym zamówiłam kontener (przymierzaliśmy się do tego ze Zbyszkiem kilka razy) i wywieźliśmy śmiecie, plastiki, gumy, trochę potłuczonych szyb. Waldek poszedł za ciosem i wywiózł złom, który zgromadziłam na przyczepie i 22 sparciałe koła. Wcześniej sprzedałam stare akumulatory i 7 kg. zardzewiałych i pogiętych gwoździ pieczołowicie chowanych przez Marcina Rz. Kupiłam też węgle i zawołałam kominiarza by wyczyścił komin (nb. piec dalej kopci - w lecie wezmę zduna z prawdziwego zdarzenia). Sprzedałam 10 jajek! W Markach zamówiłam monitoring, bo się kręcili jacyś ludzie pod nieobecność Mazurkiewiczów i ubezpieczyłam oba domy.
Skończyłam tam podłączanie kanalizacji. To chyba wszystko.
Natomiast nie udało mi się załatać dziury w dachu niebieskiego kontenera, pobić papą bud, wyciąć wiązu, który uwiązł w ogrodzeniu, pomalować własnoręcznie przedpokoju i pokoju. Nie wymyśliłam niczego jak umieścić kury w zimowym kurniku bez złażenia do kanału. Jeszcze nie dokupiłam drewna.
No, to chyba wszystko. Jak tego dokonałam? Sama nie wiem! Rower, samochód, woda, kominiarz, węgle! Kanalizacja i monitoring, pół kontenera z pieniędzy Zbyszka, reszta z moich...
niedziela, 24 kwietnia 2016
Wielkanoc (20 kwitnia)
Хрістос воскpec!
Śniadanie było u Marty. Musiałam się zmobilizować by pojechać aż na Żoliborz. Najłatwiej by było zjechać z Trasy Łazienkowskiej na Wisłostradę, ale zjazd w robocie. Którędykolwiek bym chciała jechać wszędzie te ronda! Wsiadłam do samochodu powtarzając sobie: "Nikt nie ma prawa zmuszć cię do szybszej jazdy niż ta którą uważasz za bezpieczną dla siebie. Nikt nie ma prawa żądać byś zjechała na pobocze. Jak trąbią, to niech trąbią." Na wiadukcie miałam wrażenie, że coś w moim samochodzie się przypala. A to śmierdziała Warszawa przez moje otwarte okno... Przejechałam przez rondo babka! całkiem gładko poszło. Potem skręciłam w ulicę z pl. Grunwaldzkiego, myślałam, że to Krasińskiego. No i wplątałam się w pl. Inwalidów bez możliwości skrętu w lewo :(. Ale zaraz potem zobaczyłam możliwość zawrócenia na U! Już z radością wjechałam na pl. Wilsona! Przejechałam migiem! Czego się było bać?! A tak mi zawsze spędzał sen z powiek. W uliczce Marty było miejsce do parkowania! Wjechałam między dwa samochody i pięknie stanęłam. Na śniadanku nudziłam się sporo. Najciekawsze były zdjęcia z Rzymu, które Marysia całkiem pięknie opisywała. Ma dobrą pamięć, smarkula! Bardzo mi przypomina Inkę jak była mała, chyba była w tym wieku jak ją poznałam. Niebo się zaciągnęło i zaczął padać deszcz. Jeszcze to na dodatek! Czy wycieraczki nie padną? Miałam ochotę jak najprędzej wrócić do domu. Idąc do samochodu zobaczyłam, że z ulicy można skręcić tylko w prawo, czyli wpadnę na skrzyżowanie przy Straży Pożarnej, a tam bardzo jest poplątane.
Postanowiłam wyplątać się w kierunku Potockiej. Udało się! Przemknęłam obok naszej pływalni, a potem dostałam się w jakieś głupawe uliczki. Zachowałam jednak poczucie kierunku i dotarłam do Wisłostrady z dobrym kierunku. Jechałam przez tunel. Rondo pod Trasą Siekierkowską to było małe piwo. Jest dobrze oznakowane, kochany TERESPOL. Nie dałam się wciągnąć w żadne wyprzedzania. Kałuże rozbryzgiwały się na wszystkie strony. Na wiadukcie w Wawrze zachowałam ostrożność. Coś mi mówiło, że za wzniesieniem może być różnie. Był śmieszny korek, babka się rozbiła i na moim pasie zrobił się korek. Jak cudownie było wysiąść, otworzyć bramę i wciągnąć w płuca świeże, pachnące, wilgotne powietrze naszego ogrodu! Po nakarmieniu kur, wyjęciu jajka z kurnika usiadłam sobie otulona kocem wypiłam świetną, herbatkęz naszej wody. Mimo, że nie byłam głodna skubnęłam jeszcze moich ciast. Trochę się poczuliłam z Brązem, poczytałam Ne cedat Academia i ledwie nie zasnęłam. Deszcz ustał. Wzięłam Brąza i poszłam w pole na spacer. Sarny piły wodę z przydrożnej kałuży. Na łące była taka wysoka woda, że wlała mi się górą do gumiaków! Ale była jednocześnie tak ciepła, że nie przeszkodziła w dalszym spacerze. Teraz jestem skonana.
Rozbiór Ukrainy? (21 bereznia)
Nareszcie zima nastała tak lekka, że najstarsi ludzie nie pamiętali podobnej. W południowych województwach lody nie popętały wcale wód, które podsycane topniejącym każdego ranka śniegiem wystąpiły z łożysk i pozalewały brzegi. Padały częste deszcze. Step rozmókł i zmienił się w wielką kałużę, słońce zaś w południe dogrzewało tak mocno, że - dziw nad dziwy! - w województwie bracławskim i na Dzikich Polach zielona ruń okryła stepy i rozłogi już w połowie grudnia. Roje po pasiekach poczęły się burzyć i huczeć, bydło ryczało po zagrodach. Gdy więc tak porządek przyrodzenia zdawał się być wcale odwróconym, wszyscy na Rusi oczekując niezwykłych zdarzeń zwracali niespokojny umysł i oczy szczególniej ku Dzikim Polom, od których łatwiej niźli skądinąd mogło się ukazać niebezpieczeństwo.
Czyż to nie jest jakieś deja vu?
Bezczelność polityków nie zna granic: "Nadszedł czas, by nie tylko rosyjskie ziemie wróciły pod rosyjską flagę. - Ziemie zachodniej Ukrainy w czasach reżimu stalinowskiego słusznie zostały przyłączone do Związku Radzieckiego. Chodziło o to, aby powstrzymać niemieckie armie jak najdalej (od granic ZSRR). Ale to nie były rosyjskie ziemie; to nie były ukraińskie ziemie" - oświadczył.
"- To były polskie ziemie wschodnie - Łuck, Lwów, Tarnopol, Iwano-Frankowsk i Równe. Obwód zakarpacki - to Węgry. W Użhorodzie wszyscy mówią po węgiersku. Albo po rosyjsku. Nie ma żadnego związku z Ukrainą. I Czerniowce - w tym wypadku żadnego porozumienia nie było. Stalin zabrał Czerniowce dla zaspokojenia apetytu; porozumienia z Hitlerem nie było" - oznajmił Żyrinowski.
Biedna ta Ukraina! A człowiek jest taki bezradny! Mogę palić świeczki, mogę ukraińską chorągiewkę gdzieś wywiesić. Mogę przyjść pod ambasadę rosyjską i opluć ją. Mogę wrzeszczeć przeciw Rosji. A prezydentissimus W. Putin będzie się pojawiać w złotych drzwiach jak car, będzie łgać w żywe oczy, cynicznie, wiedząc, że nie ma racji, twierdzić, że ma rację w stu procentach. Przypomina się czas PRLu z kpiną z obywateli, z wtłaczaniem nieprawdy. Proponują rozbiór Ukrainy! Depczą umowy międzynarodowe. Chcą świat pchnąć w ostatnią wojnę. Gdybyśmy wzięli choć część Ukrainy, to by była klęska. Cofnięcie się do 17 w., do Perejasławia. Znów na arenie Tatarzy, po tej stronie co my. Znów pretensje, nowe rachunki krzywd. Historia magistra vitae est? Chyba nie.
Czyż to nie jest jakieś deja vu?
Bezczelność polityków nie zna granic: "Nadszedł czas, by nie tylko rosyjskie ziemie wróciły pod rosyjską flagę. - Ziemie zachodniej Ukrainy w czasach reżimu stalinowskiego słusznie zostały przyłączone do Związku Radzieckiego. Chodziło o to, aby powstrzymać niemieckie armie jak najdalej (od granic ZSRR). Ale to nie były rosyjskie ziemie; to nie były ukraińskie ziemie" - oświadczył.
"- To były polskie ziemie wschodnie - Łuck, Lwów, Tarnopol, Iwano-Frankowsk i Równe. Obwód zakarpacki - to Węgry. W Użhorodzie wszyscy mówią po węgiersku. Albo po rosyjsku. Nie ma żadnego związku z Ukrainą. I Czerniowce - w tym wypadku żadnego porozumienia nie było. Stalin zabrał Czerniowce dla zaspokojenia apetytu; porozumienia z Hitlerem nie było" - oznajmił Żyrinowski.
Biedna ta Ukraina! A człowiek jest taki bezradny! Mogę palić świeczki, mogę ukraińską chorągiewkę gdzieś wywiesić. Mogę przyjść pod ambasadę rosyjską i opluć ją. Mogę wrzeszczeć przeciw Rosji. A prezydentissimus W. Putin będzie się pojawiać w złotych drzwiach jak car, będzie łgać w żywe oczy, cynicznie, wiedząc, że nie ma racji, twierdzić, że ma rację w stu procentach. Przypomina się czas PRLu z kpiną z obywateli, z wtłaczaniem nieprawdy. Proponują rozbiór Ukrainy! Depczą umowy międzynarodowe. Chcą świat pchnąć w ostatnią wojnę. Gdybyśmy wzięli choć część Ukrainy, to by była klęska. Cofnięcie się do 17 w., do Perejasławia. Znów na arenie Tatarzy, po tej stronie co my. Znów pretensje, nowe rachunki krzywd. Historia magistra vitae est? Chyba nie.
Misz-masz na św. Józefa (19 bereznia)
Po pierwsze - spojrzałam rankiem w okno i ujrzałam dwa bociany lecące sobie. No, tak dziś św. Józefa. Wyrobiły się w czasie!
Po drugie - wczoraj wydostałam od Marty rodzinne fotografie. Trochę brak, ale mam wrażenie, że są u Marty w mieszkaniu. Oczywiście trafiłam także na moje. Matko jedyna, jaka ja byłam ładna i zgrabna! Dopiero teraz to widzę! Wtedy uważałam, że jestem gruba, jakaś taka bez powodzenia. Jak sąsiadki mówiły do mojej matki "jaka ładna, zupełnie jak aktoreczka" byłam na nie wściekła, że przesadzają, podlizują się. Patrzę na zdjęcia, na wyraziste brwi, rzęsy, zarys ust. A przecież prawie nigdy nie używałam tuszu, nie robiłam kresek, nie malowałam ust. Jak się umalowałam wyglądałam tak okropnie, że sama szybko zmywałam. Julek zawsze prosił bym się nie malowała. Podobnie Zbyszek - zaraz zaczynał mnie wyśmiewać. Młodość! Brak wiary w siebie! Mam wrażenie, że teraz dziewczyny lepiej zdają sobie sprawę ze swojej urody, są pewne siebie, nawet za bardzo. Nie wstydzą się swojej kobiecości, wręcz się obnoszą. Chociaż staruchy też! W rozmowach w toku czasem się takie pokazują "mam 60 lat i kochanka 24", albo "mam 58 i kochanków koło dwudziestki". Patrzę na te koczkodany i zastanawiam się co ci chłopcy w nich widzą. Ani urody, ani intelektu...
Po trzecie - biedna Ukraina! Car Putin bezczelnie nią poniewiera. Żyrinowski cynicznie oświadcza, że najlepiej by Rosja zabrała wschód Ukrainy, a Polska zachód z nacjonalistami. Niedwuznacznie mówił o rozbiorze Ukrainy! Jeszcze niedawno ze wzruszeniem patrzyłam jak delegacja wolnej Ukrainy po raz pierwszy składa wizytę w wolnej Polsce! Rosjanie wchodzą sobie do garnizonu, zakuwają generała w kajdany i wyprowadzają jak przestępcę! Hańba! Hańba! Murzynek rozmawia, Belg, czy Holender myśli że nie dając kasy zatrzyma imperialistów. Putin wspaniałomyślnie podnosi emerytury na Krymie! Głupcy się cieszą łudząc nadzieją na lepsze jutro. Dodrukuje się trochę pieniędzy i emeryci będą mogli nimi tapetować izbuszki. Rosjanie przekupują młodzież wschodnich okręgów, by zapewnić sobie wrzask "Rasija, Rasija!" Pytanie tylko kiedy zażądają od państw bałtyckich korytarza do Kaliningradu. W Rosji stagnacja, czyli wywołanie wojny jest najlepszym wyjściem dla kraju, który ma za nic obywateli. Wydaje się, że nasz spokojny świat, nasze spokojne życie zostanie zakłócone.
Po drugie - wczoraj wydostałam od Marty rodzinne fotografie. Trochę brak, ale mam wrażenie, że są u Marty w mieszkaniu. Oczywiście trafiłam także na moje. Matko jedyna, jaka ja byłam ładna i zgrabna! Dopiero teraz to widzę! Wtedy uważałam, że jestem gruba, jakaś taka bez powodzenia. Jak sąsiadki mówiły do mojej matki "jaka ładna, zupełnie jak aktoreczka" byłam na nie wściekła, że przesadzają, podlizują się. Patrzę na zdjęcia, na wyraziste brwi, rzęsy, zarys ust. A przecież prawie nigdy nie używałam tuszu, nie robiłam kresek, nie malowałam ust. Jak się umalowałam wyglądałam tak okropnie, że sama szybko zmywałam. Julek zawsze prosił bym się nie malowała. Podobnie Zbyszek - zaraz zaczynał mnie wyśmiewać. Młodość! Brak wiary w siebie! Mam wrażenie, że teraz dziewczyny lepiej zdają sobie sprawę ze swojej urody, są pewne siebie, nawet za bardzo. Nie wstydzą się swojej kobiecości, wręcz się obnoszą. Chociaż staruchy też! W rozmowach w toku czasem się takie pokazują "mam 60 lat i kochanka 24", albo "mam 58 i kochanków koło dwudziestki". Patrzę na te koczkodany i zastanawiam się co ci chłopcy w nich widzą. Ani urody, ani intelektu...
Po trzecie - biedna Ukraina! Car Putin bezczelnie nią poniewiera. Żyrinowski cynicznie oświadcza, że najlepiej by Rosja zabrała wschód Ukrainy, a Polska zachód z nacjonalistami. Niedwuznacznie mówił o rozbiorze Ukrainy! Jeszcze niedawno ze wzruszeniem patrzyłam jak delegacja wolnej Ukrainy po raz pierwszy składa wizytę w wolnej Polsce! Rosjanie wchodzą sobie do garnizonu, zakuwają generała w kajdany i wyprowadzają jak przestępcę! Hańba! Hańba! Murzynek rozmawia, Belg, czy Holender myśli że nie dając kasy zatrzyma imperialistów. Putin wspaniałomyślnie podnosi emerytury na Krymie! Głupcy się cieszą łudząc nadzieją na lepsze jutro. Dodrukuje się trochę pieniędzy i emeryci będą mogli nimi tapetować izbuszki. Rosjanie przekupują młodzież wschodnich okręgów, by zapewnić sobie wrzask "Rasija, Rasija!" Pytanie tylko kiedy zażądają od państw bałtyckich korytarza do Kaliningradu. W Rosji stagnacja, czyli wywołanie wojny jest najlepszym wyjściem dla kraju, który ma za nic obywateli. Wydaje się, że nasz spokojny świat, nasze spokojne życie zostanie zakłócone.
Szpaczycho (15 bereznia 2014)
Wieje, duje, piździ! Jak ja nie lubię wichury! Tu niestety często i bez ograniczeń. Wiatr sobie gna przez pola i tylko nabiera siły. Wszystko łomocze, trzeszczy, przewraca, pada, toczy się, rozbija. Nawet wata, którą wetknęłam w szparę w drzwiach garażowych wyfrunęła. Trudno przewidzieć co znów poleci. Chociaż zapaliłam rano do teraz wszystko wydmuchało. Boję się rozpalić, że gdzieś się ogień dostanie. Antena odfrunęła, więc tv milczy. Mogłabym poprawić, ale po co? Program sobotni i niedzielny zwykle pożal się Boże. A jak poprawię, to pewnie znów poleci. Przejrzałam na interii pogodę na 16 dni. w ostatnią sobotę marca będzie jeszcze gorzej. Dostanę szału. Potwornie się boję wichury. Czuję się biedna, nieszczęśliwa, szarpana jak te drzewa, jak te biedne ptaki rzucane w różne strony. Ciekawe co nasz szpak? Tak się już kręcił koło domku, a przed zmierzchem obserwował podwórko czasem gwiżdżąc ostrzegawczo. Czy zauważył, że Zbyszka nie ma? Zbyszek tak lubił rankiem wpatrywać się co robią. Był dumny ze szpaczej rodziny, jakby to była jego własna.
To co jedynie ważne (7 bereznia)
Rankiem, troszkę po szóstej spojrzałam w niebo i aż mnie zatkało: Nade mną przelatywał sznur dzikich gęsi! Wróciły! Wiosna za pasem. Najpierw ruszyły gawrony ze swymi kąpielami w kałużach po śniegu, ustawicznym gaworzeniem, kręceniem się w poszukiwaniu patyków, kłębków sierści, puchu z traw, krzątaniem po łąkach i polach w poszukiwaniu nasion i myszy. Zniknęły sikorki. Za to zjawił się nasz ukochany super szpak. Zlustrował stare budki. Wcześnie z rana lata w koło coś przynosi, włazi do budki, wyłazi, sprawdza, siada na przewodzie, a kiedy zacznie się na podwórzu ruch gwiżdże ostrzegawczo i ucieka. Wciąż nie słyszę skowronków. Za to wróble już tak się rozpanoszyły przez jesień i zimę, że prawie po nich depczę. Wszyscy wracają do gniazd, tylko moja ukochana Wanda odwrotnie: wyprowadziła się z domu zostawiając Michała. Nie chce nic powiedzieć dlaczego tak postąpiła. A taką miłą parą byli! Chce przekreślić całe dwadzieścia lat! Kobiety mają dziwkarzy, pijaków, brutali i jakoś się trzymają. Czekają na poprawę cierpiąc, wybaczając i w końcu odnoszą zwycięstwo. Małżeństwo zaczyna się układać. Oczywiście nie mówię tu o skrajnych przypadkach. Kiedyś kryzysy starano się przetrwać. Mijały, a po nich małżeństwo wychodziło wzmocnione. Teraz pierwszy kryzys i szast prast! po małżeństwie! Zupełny brak spojrzenia krytycznie na siebie. Wiele opowieści o empatii w stosunku do nas samych, bo jesteśmy skaleczeni i nieszczęśliwi. Uciekamy w rozwód. A co tam! Niech ma! Dni wypełnione zabawami - ile można się bawić? wycieczki - ile można być na wycieczce? Zabawa mija, wycieczka się kończy, trzeba wracać do pustych czterech ścian. Dzieci dorosły, mają swoje życie, przyjaciele swoje kłopoty, zresztą nie są aż tak bardzo zaangażowani w nasze sprawy. Można sobie łyknąć alkoholu lepszej marki, stać nas! Chciałoby się do kogoś przytulić, usłyszeć "nie martw się, razem damy rady". Niestety nie ma razem! Gdzieś się je zgubiło dążąc do samorealizacji. Chyba sam diabeł wymyślił to słowo by mamić ludzi. Jest to słowo puste. Wszystko mija. Najlepszy dyrektor, najlepsza specjalistka, posłanka, pisarz przestają się nagle liczyć, odchodzą do lamusa. Czasem ktoś ich wyciągnie, odkurzy na krótki czas i znów do schowka. Jeśli nie ma męża, żony nie ma do kogo otworzyć ust. Taboret, czy krzesło przy łóżku szpitalnym są niepotrzebne. Czasem ktoś wpadnie "bo wypada", przyniesie pomarańcze, których nie można zjeść, bo się kłócą z lekarstwami, a potem z ulgą wychodzi na świat gdzie nie śmierdzi szpitalem. W domu z trudem sięga się po herbatę, człapie trzymając mebli, by zrobić zupę z proszku. Nikomu się pożalić, z nikim powspominać, bo nie ten bagaż wspomnień. Jest tak jakby nas już nie było. Małżeństwo po wielu latach zmagań ma czas spojrzeć na siebie ze spokojną radością. Wzięli wszystkie przeszkody, co że czasem spadła poprzeczka, ale ukończyli bieg, nie przegrali walkowerem, nie dali się! Zwyciężyli! Młodzi z przerażeniem myślą: "z tą samą osobą 50, 60 lat!" koszmar! Jak to można wytrzymać? A jubilaci myślą: "Jak szybko minęło to nasze wspólne życie! ile to chwil straciliśmy na dąsy, na bzdury! gdyby tak to przeżyć jeszcze raz!" I siedzą sobie szczęśliwi i niezrozumiani przez otoczenie. Boże Wielki, Jedyny chroń Michałów przed głupotą, przed rozstaniem! Niech się zrozumieją i wrócą do siebie!
Rosyjskie kadetki (9 bereznia)
Wczoraj wieczór, nie pamiętam na jakim kanale wpadłam na reportaż ze szkoły rosyjskich kadetek. Nie oglądałam do końca. To co widziałam na początku w zupełności mi wystarczyło. Do szkoły idą dziewczęta od 12 roku życia. Kandydatek jest, jeśli dobrze zapamiętałam, 8 na jedno miejsce. Oprócz szkolnych przedmiotów uczą się szycia (by same mogły naprawiać mundury) strzelania z różnych rodzajów broni i zapewne musztry. Są oczywiście skoszarowane, cały czas w mundurach, przy których bardzo śmiesznie wyglądają jakieś ni to wstążki ni to stroiki na głowach. Białe, sztywne, tiulowe nijak nie pasujące do wojskowego stylu. W czasie apelu mają wysokie czapy. Zanim przyjdzie nauczyciel rządzi klasowa wójcina i bardzo pilnuje porządku. 12-letnia gówniara mówiła "dyscyplina przede wszystkim". Przedmioty wojskowe prowadzi były ochroniarz prezydencki. Ciekawe czy molestuje te panienki, bo strasznie mu pasowała ta funkcja. Jak o niej opowiadał to mu się oczka śmiały. Dziewczynki chudzinki musiały użyć kałasza, a także miotacza ognia. Nie wiadomo, czy one rządziły tą bronią, czy broń nimi. Nie pokazali jak strzelają, więc nie widziałam co się działo po odrzucie. Wyszczekana wójcina gładko opowiadała jak to muszą dobrze strzelać by celnie zabić wroga i obronić siebie i swoje koleżanki. Aż mnie mrowiło w plecach. Głupie panienki spędzają całą swoją młodość w kompletnej izolacji od społeczeństwa, poddawane są zapewne indoktrynacji prowadzonej przez tego ochroniarza, a zapewne członka KGB. Po zajęciach, jak sama mówiła, walą się do łóżka ze zmęczenia. Nie mają czasu ani możliwości na refleksję. Janczarki. Takie jak wyjdą ze szkoły, w razie jakiegoś konfliktu, będą walić w ludzi jak w kaczy kuper, święcie przekonane o swoim posłannictwie. Tak musiały wyglądać te różne niemieckie strażniczki w obozach i hitlerowskich więzieniach. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że kobiety są bardziej zaciekłe, zawzięte i okrutne niż mężczyźni. Może chcą coś sobie udowodnić? W każdym razie obraz tych dziewczynek był w sumie przerażający. Przecież prawdopodobieństwo, że staną w obronie ojczyzny jest jak 1 na tysiąc, albo i lepiej.
Niełomny jest Związek... (8 bereznia 2014))
Z rana włączyłam tv. Pierwszą wiadomością był wyjazd niepełnosprawnych sportowców do Soczi na olimpiadę sportową. Pokazano rozpoczęcie, bardzo widowiskowy utworzony z ludzi powiewający sztandar Rosji. Rozpoczęcia olimpiady zdrowych nie oglądałam. Po pokazie spiker po rosyjsku poprosił by wszyscy wstali, bo będą odegrane hymny. Pierwszy był hymn gospodarza, czyli hymn Rosji. Rosja po rozpadzie ZSRR miała nowy hymn, który widać niezbyt przypadł do gustu i rozległa się melodia "Niezłomny jest Związek Republik Radzieckich". Sportowcy to przeważnie młodzi ludzie, ale nawet obecni czterdziestolatkowie pamiętający ZSRR pewnie tego nie kojarzą. Mnie jednak przeszedł dreszcz, serce mi się ścisnęło. W Rosji jedynowładza, powrót do imperialistycznego hymnu. Olimpiada na grobach dzielnego podbitego narodu. Interwencja rosyjska na Krymie. Wchodzą zbrojnie na terytorium obcego niezawisłego państwa łamiąc umowę. Zajmują placówki wojskowe, arsenał. Zajmują ustalone częstotliwości radiowe, żeby bezprawnie wprowadzić swoje stacje, szerzyć swoją propagandę. Świat na to patrzy, deliberuje, przywódcy państw się spotykają i nic z tego nie wynika. Świat w imię pokoju i wyższego dobra poświęci miliony Ukraińców, setki Tatarów znów wpędzając ich w niewolę i nędzę. Świat zapomniał o Monachium, o Sudetach, aneksji Austrii, obronie ludności niemieckiej na Śląsku, w Gdańsku. Świat zapomniał o obronie ludności białoruskiej i ukraińskiej w granicach II Rzeczypospolitej. Słychać tylko jak dawniej głos Turcji. Europejczycy nie będą ginąć za Sewastopol, potem za Odessę, potem za Kijów, Lwów, Białystok, Przemyśl, Tarnów. Dobrze, że moje dzieci w lewobrzeżnej Warszawie!
Suplikacja (4 bereznia 2014)
"Od nagłej a niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie" - suplikacja. Każdy by tak chciał - mówią ludzie. - Bezsensowna prośba! A jednak gdyby tak się zastanowić... Tu nie chodzi o śmierć. Tu chodzi o życie. Mamy tak żyć, by zawsze być w porządku wobec Boga, naszego otoczenia, czy to rodzina, czy znajomi, sąsiedzi, rodacy, przyroda. Nasze życie ma być takie jakbyśmy się mieli z nim rozstać za chwilę. Mamy nad nim czuwać w każdej godzinie, by nie dopuścić do złego czynu. Musimy czuwać jak te panny roztropne. Nie żeby wciąż myśleć "memento mori", tylko żeby godnie żyć. To piękna prośba.
Samotność pokoleniowa (14 czerwnia)
Telewizja Polonia nadała przed chwilą film zrealizowany w tym roku w związku z 25-leciem pierwszych wolnych wyborów. Twórcy wybrali szereg filmowych dokumentów z tamtych lat od czerwca 1989 aż po 1999 gdy wstąpiliśmy do NATO. Pokazali wyzwalanie się poszczególnych krajów spod niewoli ZSRR. Był przysięgający Wałęsa, wzruszony Havel, płacząca Ukrainka, atak na wieżę telewizyjną w Wilnie, Ceaucescu, ludzie kruszący mur w Berlinie, przemawiający Gorbaczow i Jelcyn z Szuszkewyczem i Kuczmą podpisujący akt rozwiązujący ZSRR. Ile osób z tamtych lat nie żyje! Ile wydarzeń było w ciągu tych moich 25 lat życia, naszych wspólnych ze Zbyszkiem lat. Bardzo się wzruszyłam. Siedzę sama i nie mam się z kim podzielić moim wzruszeniem. Nie ma Zbyszka, wiem co by mówił, ale to nie to samo. Ile przemian przeżyliśmy razem! Na to wszystko patrzyliśmy, a jednocześnie uwikłani w nasze własne życie, w nasze własne kłopoty, chyba za mało mieliśmy chwil by przystanąć i w pełni wczuć się. A tyle jeszcze było spraw zanim poznałam Zbyszka! Przez to, że nie mam rodzeństwa nikt tego ze mną wspomnieć nie może. Czuję się jakbym miała ze sto lat. Stulatkowie też nie mają z kim o dawnych czasach pogadać. Wydaje się jakby to było wczoraj. Dopiero kiedy chcę coś opowiedzieć Zosi dostrzegam ten niesamowity rozziew czasowy. Dla niej to prehistoria, dla niej kulturowo moje dzieciństwo jest dalsze niż dla mnie powstanie styczniowe. Prześmieszne! Przyśpieszenie technologiczne oddala tamte dni, powoduje, że pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć bez długiego gadania, ciekawe staje się nudne.
Urodziny i śmierć (15 czerwnia)
Nad ranem, może zresztą całkiem rano, zbudziłam się tak późno, przyśnił mi się Zbyszek. Powiedział, że będziemy mieć dziecko, które weźmie po nas co najlepsze, jednocześnie wiedziałam, że to uroda i wiedza po mnie, inteligencja po nim. Gładziłam mój brzuch i starałam się wymodelować jej twarz (dziewczynka), i myślałam o jej rozumie. Odziedziczy ziemię nieuprawianą, bogatą - mądrość pokoleń, która nagle wytryśnie. Zbudziłam się i nie dowiedziałam kiedy i gdzie się spotkamy. Twarz miał nieco zmienioną, młodą, ale wiedziałam, że to on.
A więc już żyje. Kiedy umierał wciąż miałam śmieszne wrażenie, że się rodzi, że to nie śmierć, a raczej mozolny poród. Chwilami miałam ochotę powiedzieć mu: "Przyj, przyj mocno, z całych sił!" Może umierając właśnie się rodzimy? Nagła śmierć, to gwałtowny poród, kiedy ledwie można złapać dziecko. Śmierć przez morderstwo, to aborcja?
Nic nie wiemy. Wszystko jest możliwe.
A więc już żyje. Kiedy umierał wciąż miałam śmieszne wrażenie, że się rodzi, że to nie śmierć, a raczej mozolny poród. Chwilami miałam ochotę powiedzieć mu: "Przyj, przyj mocno, z całych sił!" Może umierając właśnie się rodzimy? Nagła śmierć, to gwałtowny poród, kiedy ledwie można złapać dziecko. Śmierć przez morderstwo, to aborcja?
Nic nie wiemy. Wszystko jest możliwe.
Wzruszenia historyczne (18 hrudnia)
Poszłam po węgiel. Śpiewałam sobie w ciemności jak to harcerze opowiadają "o rycerstwie spod kresowych stanic" i siłą rozpędu przypomniała mi się piosenka "żadne wichry, żadne burze nie odbiorą Gdańska nam", potem "na granicy jest strażnica". Wtedy w szkole nie uświadamiałam sobie jak blisko mnie są czasy młodości tych ludzi, co przysięgali strzec Gdańska i dotrzymali przysięgi. Mimo, że dopiero co skonał Stalin, mimo, że Bierut głaskał pionierów w czerwonych chustach po główkach mój wiejski nauczyciel z Rokicin uczył nas tych piosenek. Mój kochany pan, pan Leon Stebnicki, pomimo wciąż jeszcze panującego terroru śpiewał z nami te piosenki. Byłam jeszcze taka mała, młodsza niż Marysia teraz, śpiewałam i w gardle mnie ściskało z żalu za tymi ludźmi, którzy dawno temu (jak mi się wtedy zdawało) polegli... Pamiętam, chyba w piątej klasie, nauczycielkę śpiewu. Była taka delikatna, miała kok z miedzianych włosów... Dyktowała nam słowa piosenki. Powiedziała, że za tą piosenkę można było dostać poważny wyrok: "czerwone maki pod Monte Cassino, zamiast rosy piły polską krew..."
Czuję się tu jak na obczyźnie. Zbyszek był prawie z tych lat co ja, był z tej samej ziemi. Wątpię, czy Daniel ma takie wspomnienia. Warszawa, to zupełnie inne miasto. Zapewne wtedy inni byli nauczyciele; bądź co bądź siedziba władz partii i rządu (partia na początku, przedstawiciele ludu w drugiej kolejności). Teraz też głównym ideałem pełne koryto, mieć, mieć, mieć, zadawać szyku, pokazywać się. Reszta klepie biedę i uważa się za coś lepszego mieszkając w stolicy.
Mój przyszywany wujek, "ojciec chrzestny z wyboru", Stanisław Sierotwiński obdarowywał mnie książkami, które czytywał w dzieciństwie, lub nowymi na temat spraw które go interesowały - II wojna światowa. Głównie poznałam dzieje naszej marynarki z tego okresu. Płakałam ze wzruszenia czytając jak kapitanowie otwierali koperty "do Jasiów i Stasiów", jak okręty wykradały się z internowania pozbawione map, z uszkodzonymi maszynami, jak w ostatniej chwili wpływały na wody terytorialne Szwecji unikając walki z osaczającymi je Niemcami. Co czyta moja wnuczka, Zofia? Czy choć raz wzruszyła się nad losem swoich rodaków z dawnych lat. Nie chciała czytać "Nad Niemnem". Żeromskiego nawet nie proponowałam. Czy zrozumiałaby Rozłuckiego? Żal mi i jej i jej pokolenia. Ilu pięknych wzruszeń są pozbawieni! Zwariowani, ale jednocześnie tacy praktyczni, jakby amerykanizacja życia wyprała ich ze wszelkich sentymentów. Ale jeśli przyjdzie czas próby, czy będą umieli dać odpór? Czy może praktycznie położą uszy po sobie i przyjmą obyczaje, język zaborców?
Czuję się tu jak na obczyźnie. Zbyszek był prawie z tych lat co ja, był z tej samej ziemi. Wątpię, czy Daniel ma takie wspomnienia. Warszawa, to zupełnie inne miasto. Zapewne wtedy inni byli nauczyciele; bądź co bądź siedziba władz partii i rządu (partia na początku, przedstawiciele ludu w drugiej kolejności). Teraz też głównym ideałem pełne koryto, mieć, mieć, mieć, zadawać szyku, pokazywać się. Reszta klepie biedę i uważa się za coś lepszego mieszkając w stolicy.
Mój przyszywany wujek, "ojciec chrzestny z wyboru", Stanisław Sierotwiński obdarowywał mnie książkami, które czytywał w dzieciństwie, lub nowymi na temat spraw które go interesowały - II wojna światowa. Głównie poznałam dzieje naszej marynarki z tego okresu. Płakałam ze wzruszenia czytając jak kapitanowie otwierali koperty "do Jasiów i Stasiów", jak okręty wykradały się z internowania pozbawione map, z uszkodzonymi maszynami, jak w ostatniej chwili wpływały na wody terytorialne Szwecji unikając walki z osaczającymi je Niemcami. Co czyta moja wnuczka, Zofia? Czy choć raz wzruszyła się nad losem swoich rodaków z dawnych lat. Nie chciała czytać "Nad Niemnem". Żeromskiego nawet nie proponowałam. Czy zrozumiałaby Rozłuckiego? Żal mi i jej i jej pokolenia. Ilu pięknych wzruszeń są pozbawieni! Zwariowani, ale jednocześnie tacy praktyczni, jakby amerykanizacja życia wyprała ich ze wszelkich sentymentów. Ale jeśli przyjdzie czas próby, czy będą umieli dać odpór? Czy może praktycznie położą uszy po sobie i przyjmą obyczaje, język zaborców?
Wiadomości czy pitawal? (17 hrudnia)
Wczoraj i przedwczoraj na Polsacie zaraz po moim ulubionym serialu obejrzałam wiadomości, czy jak się to tam nazywa. I właściwie nie wiem, czy to były wiadomości, czy pitawal. Gdzie ludzkość się wybiera? Przed sądem młodzi, którzy zadźgali rodziców chłopca. Muzułmanin zaatakował ludzi w Australii. Talibowie zaatakowali szkołę w sąsiednim Pakistanie, podpalili nauczycielkę, zabijali dzieci. Jakiś bezrobotny (?) porozbijał MOPS, podpalił dwie urzędniczki. Złapano bandytów, którzy napadli na bank. Policjant w obronie własnej zastrzelił bandytę, który groził mu z broni palnej. Rosyjski samolot wojskowy naruszył bezpieczeństwo samolotu pasażerskiego. Krach finansowy w Rosji. Ptasia grypa w Niemczech, masowo zabijają drób hodowlany. Czy to świadomy wybór, czy też przypadek? Nie oszczędza się ani dzieci, ani rodziców. Nie liczy się z cierpieniem. Współczucie - słowo obce, zastąpione niepotrzebnie współodczuwaniem. Przenośne powiedzenie "po trupach do celu" jakże nabiera dosłowności. Rodzice nie przeszkodzą młodym chodzić ze sobą, zastraszeni rodzice przestaną posyłać dzieci do szkoły, samotny muzułmanin skonfliktuje obywateli Australii, MOPS spręży się z zasiłkami.
Zostaną zapłakani rodzice, dzieci, którym się będzie śnił koszmar po kres życia. Co zrobią rodzice dziewczyny skazanej na dożywocie? Jak zniosą świadomość, że córka jest morderczynią? Jak wielkie było cierpienie podpalonych kobiet? Co się stanie z ich rodzinami? Czy druga z podpalonych urzędniczek przeżyje? Czy będzie kaleką? Nienawiść, którą widać w wypowiedziach na portalach, na czatach zaczyna żyć na jawie. Zaczniemy się żreć jak wściekłe zwierzęta? Za dużo nas na naszej planecie? Za ciasno? Metropolie skaziły społeczeństwa jakimś błędem emocjonalnym?
Zostaną zapłakani rodzice, dzieci, którym się będzie śnił koszmar po kres życia. Co zrobią rodzice dziewczyny skazanej na dożywocie? Jak zniosą świadomość, że córka jest morderczynią? Jak wielkie było cierpienie podpalonych kobiet? Co się stanie z ich rodzinami? Czy druga z podpalonych urzędniczek przeżyje? Czy będzie kaleką? Nienawiść, którą widać w wypowiedziach na portalach, na czatach zaczyna żyć na jawie. Zaczniemy się żreć jak wściekłe zwierzęta? Za dużo nas na naszej planecie? Za ciasno? Metropolie skaziły społeczeństwa jakimś błędem emocjonalnym?
Granice genetyki (7 hrudnia 2014)
Jutro Niepokalane Poczęcie. Tak jakoś ni stąd ni zowąd zaczęłam rozmyślać o nas, kobietach. Wcale nie myślałam o jutrzejszym świecie, a temat nagle zyskał na aktualności. A ja szłam sobie drogą, taką polną, piaszczystą jakich pełno w naszym kraju. Wiatr roznosił białe pierze z gęsi, którą nagle w polu dotknął kres. I tak sobie myślałam, że coraz więcej kobiet pragnie się "realizować" , a dzieci, wiadomo, przeszkadzają w karierze. Dodatkowo w dobie kultu ciała, obawie przed zniekształceniem figury, w lęku przed straszliwym bólem rezygnują z dzieci, ba nawet ze stałego, uporządkowanego związku. Wolą skaleczyć brzuch i macicę niż poczuć przez kilka godzin ból. Wolą się narazić na komplikacje na skutek narkozy, czy operacji brzusznej. Głupie, myślą że rodzenie to ból. Umieranie jest bólem, leczenie jest bólem. To ból bez granicy, to kara bez określenia czasu jej odbywania. Związek też narzuca jakieś zobowiązania wobec drugiej osoby, stwarza konieczność kompromisów. Moja wizja przyszłości mnie przeraziła. Czy przed nami świat pobranych jajeczek, wytrzepanych w onaniźmie plemników, połączonych w probówce, wyhodowanych w inkubatorze dzieci wychowanych w sztucznych domach, podobnych do kibuców. Świat ludzi poczętych bez miłości, według potrzeb Państwa, ludzi bez przeszłości i przyszłości, uplątanych w samotną teraźniejszość, kończących byt kiedy staną się nieprzydatni. Idąc dalej, w głąb genetyki na usługach demografii i gospodarki ludzie poczną się w ilości potrzebnej w gospodarce globalnej. Zaprogramowana zostanie ilość ludzi ze smykałką do handlu, do rolnictwa, do prac fizycznych, wojska itp. Społeczeństwo idealnych mrówek. Nigdy ssąc nie spojrzą w oczy swojej matce, w trwodze nie złapią ojca za nogę by znaleźć w nim obronę. Życie zaprogramowane w krainie cieni.
Płód, czy człowiek - wieczny spór (2 hrudnia 2014)
Kilka dni temu przypadkiem weszłam na stronę niejakiej Marii Sobolewskiej. Byłam ciekawa co tam pisze o wieku duszy. Miałam nadzieję, że trafię na osobę zainteresowaną teozofią. Pani jest jednak chyba zwrócona ku astrologii. Ciekawe, bo niby oczytana, inteligentna, a ma takie ciasne podejście do spraw religii. Na samym wstępnie oznajmia, że szczęśliwie nie jest obciążona katolicyzmem. Rzeczywiście, o współczesnym katolicyźmie nie ma zbyt świeżych wiadomości. Prawdopodobnie wie wiele z jakichś protestanckich źródeł. Teozofka bardziej by widziała jedną z dróg, a nie potępiała. Pamiętam chrzestną jak delikatnie wyrażała się na temat różnych religii. Oczywiście, do tego prowadził ją Krisznamurti, jak sobie żartowali jej przyjaciele.
Pani ta wypowiada się także na temat aborcji. Ciekawe, czy ma dzieci. Śmiało mówi o samoistnych poronieniach, więc skoro tak czemu nie sztuczne. Oczywiście w pierwszych tygodniach występują samoistne poronienia, o których nawet nie wiemy, ot silniejszy okres. Znamienne, że o płodzie mówi "zygota". Nie ma pojęcia, że zygota to zaledwie kilkadziesiąt godzin, że dwumiesięczny płód ma już początki układu nerwowego. Ale dla niej to jeszcze nie jest dziecko. Dziecko jest od momentu kiedy już samodzielnie złapie oddech. Tylko, że jeśli kobieta nieszczęściem poroni w jakimś 10, 12 tygodniu mówi, że straciła dziecko. Nie zygotę, zarodek, embrion czy płód, lecz dziecko. I matka i ojciec i niedoszli dziadkowie z rozpaczą przeżywają ten fakt. Wcale nie myślą, czy będzie, czy nie będzie zbawione. Opłakują dziecko, nie mają wątpliwości co do tego że jest człowiekiem. Nieraz już dowiadują się czy to był syn, czy córka. No to jak jest? Usunięte w 12 tyg. ciąży jest płodem, utracone w 12 tyg. dzieckiem? Jest człowiekiem kiedy samodzielnie złapie oddech. A jeśli urodzi się martwe to nie jest człowiek? Nie odetchnęło, czyli nie jest człowiekiem, można zwłoki zużyć na karmę dla kotów?
Na poczęcie i ciążę nie patrzę z punktu widzenia jakiejkolwiek religii. Każde poczęcie jest cudem. Dzieje się wbrew niesprzyjającym czynnikom. Tyle plemników idzie na marne, tyle nasionek unoszonych przez wiatr ginie, tyle jajek złożonych w gniazdach, w piasku, w wodzie zostaje zjedzonych. We mnie połączyły się komórki i rozpoczęło się życie. Nawet nie wiedziałam, a już zaczął się zaprogramowany przez Kogoś proces. Uczynniają się hormony, podłączają układy, cała niesamowicie i celowo obmyślone działania. Moje ciało jest tak zbudowane by chronić to co się poczęło, by je karmić i oczyszczać. Wszystko działa niezmordowanie dzień i noc, dzień po dniu. Kiedy już wszystko jest zbudowane jak należy trzeba tylko trochę czasu by to Nowe powiększyło się, nabrało sił, aż poczuje się tak silne by opuścić swoje schronienie. I nagle zaczynają działać inne hormony, inne siły i wspólnym wysiłkiem matki i maleństwa ląduje w naszym świecie. Ile sił w takim maleństwie! Ile wytrwałości w dążeniu do celu jakim jest złapanie sutka, uniesienie głowy, oparcie się na łokciach, obrócenie na bok. Ile upadków, niepowodzeń, bolesnych upadków! Ile miłości i ufności kiedy spojrzy rodzicom w oczy!
Niby program zawsze ten sam, a przecież każda ciąża inna. Tabula rasa to wierutna bzdura. Z najstarszą córką gadałam całymi dniami, rozmawiałyśmy sobie chodząc na spacery i sprzątając. Jak się urodziła czekaliśmy kiedy zacznie mówić. Zaczęła bardzo wcześnie i bardzo prędko mówiła całymi zdaniami. Miała około 19 miesięcy kiedy powiedziała na muchę łażącą po gazecie: "mucha cyta". Średnia córka to była sama ufność, miałam wrażenie, że się do mnie tuli. Jak podrosła troszkę wszystkich łapała za serce swoją otwartością, wyciągniętymi do objęcia rączkami, ufnością, inicjowała zabawy z obcymi dziećmi. Najmłodsza była wielką niewiadomą, nie miała ochoty nawiązać kontaktu. I stale pozostaje niewiadomą, trzyma się z rezerwą, jakby się bała, że może się skaleczyć. Trzy ciąże i trzy zawiązki zachowań, trzy charaktery. Niech mi nikt nie opowiada, że przez te 38-40 tygodni to tylko płód, bliżej nie wiadomo co. Jak bym mogła usunąć, zabić kogoś kto postanowił mi zaufać. Jak bym mogła spojrzeć w oczy starszego dziecka, gdybym zabiła młodsze dla lepszego, wygodniejszego czy bogatszego życia?
Bóg - ja - moje zwierzęta (1 hrudnia)
Od kilku dni mróz i ostry wiatr ze wschodu i północnego wschodu. Dom wyziębiony. Z trudem osiągam siedemnaście stopni, rankiem jest czternaście. No, cóż trzeba jakoś przetrwać. Pracuję tnąc oszasty na krajzedze i tak sobie przy robocie rozmyślam. Pan Bóg dał nam przykazania, czy też natchnął Mojżesza by takie dał. Nawet w jednym z miejsc umieścił uzasadnienie: "byś długo żył i dobrze ci się powodziło na ziemi...". Nie ma tam straszenia, nie ma kar. Kilka nakazów dotyczących czci i kilka "lo" - nie. Są zwrócone do każdego indywidualnie, nie do ogółu. "nie zabijaj", a nie "nie zabijajcie".
Podobnie i ja. Mam możliwość przewidywania i chcę zapobiec nieszczęściu. Nie pozwalam opuszczać ogrodu, bo za bramą czekają pędzące samochody, lisy, myszołowy. Odganiam je kiedy rąbię drzewo, by polana nie ugodziły biednych zwierzątek. Odganiam od pracującej krajzegi, by kogut nie wskoczył na kręcącą się piłę. A one zupełnie jak my. Niech tylko nadarzy się okazja: Myk za bramę! Chyc! i prawie pod siekierę. Dziób za nogawkę! w trocinach na pewno najlepsze ziarna! Bo ja im na złość, z zazdrości, ze skąpstwa, bo chcę im pokazać swoją władzę! Jak my ludzie: Przykazania są przestarzałe. Nie nadają się do współczesności. Są zupełnie nieżyciowe. Wymysły by tylko ludzi ograniczać. Czarni wymyślili, niech sami przestrzegają. Co w tym złego, że...? A ja mam w d... te wszystkie przykazania!
Potem dramaty rodzinne, żal do siebie samego, frustracja, zarażenie chorobami, upadek jakiejś firmy, utrata miejsc pracy, wyginięcie zwierząt, upadek państw, zatrucie Ziemi. Pan Bóg nic nie traci. Nasze stawanie okoniem mu krzywdy nie robi, ani nasze wrzaski przeciw Niemu, ani nasze zwątpienie, ani nasze obelgi, ani obojętność. Nie potrzebuje ani naszej czci, ani naszych modlitw. Ona jest nam potrzebna byśmy mogli jakoś sobie uporządkować nasze życie, nasz świat.
Grzeczność Francuzów (9 sycznia 2015)
Pogoda pod psem. Znów silny wiatr i hektolitry deszczu. Woda stoi na podwórku, wczorajszy śnieg stopniał. Mimo, że ciepło nie mogę utrzymać jakiejś ludzkiej temperatury w domu. Jestem skostniała i przegrana. Mam wrażenie jakby moje życie straciło sens. Nie mam dla kogo istnieć. No, dla siebie. Wydaje mi się jakbym całe dotychczasowe życie żyła dla kogoś. A tu umysł szepcze, może ci się tak zdaje. Wyobrażasz sobie, że byłaś taką altruistką! A może wszystko, co robiłaś dla innych, robiłaś z miłości własnej, by dobrze wyglądać w oczach innych ludzi? Jak to jest? Trudno sobie to wytłumaczyć: miłość własna, czy miłość do innych. Co robić dalej by nie być bezużytecznym? Byłam kiedyś w Celestynowie w azylu. Właśnie przyjechały wolontariuszki, młode rozchichotane dziewczyny. Ja między nimi to byłby zgrzyt... Stara osoba jest zawsze zgrzytem.
W Paryżu trwają zamachy w związku z opublikowaniem karykatury Mahometa w jakimś piśmie satyrycznym. Wielkie oburzenie na mahometan. No, tak. Mordowanie ludzi z takiego powodu jest potworne. Na znak solidarności inne czasopisma zamieszczają u siebie ten nieszczęsny obrazek. Ale pytam się: Na jaką cholerę robić karykaturę osoby czczonej przez wyznawców jakiejś religii? Co za cham tak postępuje? Przecież kulturalny człowiek, dobrze wychowany, nie robi przykrości innym. Przecież ten satyryk zdawał sobie sprawę z tego, że robi wielu ludzion przykrość. Oczywiście jako katoliczka nie zabiłabym człowieka za obrazę którejkolwiek osoby Trójcy Świętej, czy Matki Boskiej, bo Chrystus nakazał wybaczać grzesznikom, jeszcze na krzyżu to podkreślał. Ale chamstwo jest chamstwem. Nie rozumiem jak ludzie, którzy nawołują do tolerancji nie pojmują jak wygląda tolerancja. Mam wrażenie, że uważają, że tolerancja to wolność obrażania tych, którzy wierzą, czy myślą inaczej niż oni. I pomyśleć, że Francuzi uchodzili za wzór kultury. Przypomina mi się anegdota, chyba o Paderewskim, w której Francuz oświadcza "Mówią, że przysłowia są mądrością narodów. U nas jest przysłowie pijany jak Polak, a pan nie pije". Paderewski odpowiedział: "nie przysłowia kłamią! U nas jest przysłowie "grzeczny jak Francuz"...
20 trawnia
Dziś krótka wyprawa. Chciałam dotrzeć do Rudna przez lasy i pola. Trasa wzdłuż 50 tki to rosyjska ruletka: brak pobocza i mnóstwo pędzących TIRów. Żadna rozkosz! Zdecydowałam się na jazdę wzdłuż torów. Droga trawiasta, widać jeżdżą tędy z rzadka. Teren się obniżał i zaczęłam się obawiać, że niedługo dojadę do jakiegoś bagna, ale liczyłam, że tory będą mocno podsypane. :(. Nie pomyślałam o możliwości rzeczki i mostku. Po ostatnich deszczach leśne dróżki są idealne do jazdy, ale przeprawy przez tereny podmokłe niemożliwe. Przemoczyłam buty i zawróciłam jak niepyszna. Południowy upał zniechęcił mnie do zmiany trasy wzdłuż żwirowni i przez Borków. W domu rzuciłam się do smażenia kiełbasy i makaronu.
Narzekać, czy być dumnym (4 trawnia)
Minęło święto flagi (w handlu duża dowolność odcieni, napisów, dziwna miłość do bandery marwoju wieszana z balkonu). U nas na Spokojnej była stara, przedwojenna - biel+amarant. Teraz chyba nikt nie wie co to amarant. Czerwień flagi jest jak utleniona krew tętnicza. Minęła już rocznica ślubów Jana Kazimierza i uchwalenia Konstytucji. Ciekawy ten maj. Za parę dni minie 69 rocznica zakończenia II wojny światowej. Przez 69 lat przez nasz Kraj nie przetaczały się wojska, nie leciały bomby. To w naszej Ojczyźnie rzadka rzecz. Przeważnie każde pokolenie musiało złożyć daninę krwi. Bóg jest łaskaw dla nas. Byliśmy za mali na ubecką kaźń lat 40-tych i 50-tych. Wydarzenia 56, 68, 70, 76 i 80-tych lat to pryszcz w porównaniu tym co przeżyli nasi rodzice, dziadowie. Doczekaliśmy się szczęśliwie wolnej Polski. I co? Tak strasznie tego nie szanujemy! Mamy to za nic. Naszym wnukom nie ma się co dziwić. W większości porządnie ubrane, wykarmione, przekonane o swej nietykalności. Brak jakiegoś pokemona to dla nich tragedia. Ale dziwię się moim rówieśnikom, a także naszym starszym dzieciom, które jeszcze pamiętają kartki i zakłamanie.
Gdyby tak wskrzesić moją matkę zmarłą w 1981 r. jaki by przeżyła szok! Ile lat jej podanie o telefon leżało i czekało na łaskawe rozpatrzenie. Zresztą tego nie doczekała. Co by powiedziała moja koleżanka Ula, gdyby zobaczyła anonsy deweloperów oferujących mieszkania, czekających kiedy wreszcie ktoś się zdecyduje na kupno. Ona która czekała na spółdzielczą kawalerkę przez 15 lat, ale jej nie dożyła. Moja matka odradzała mi robienie prawa jazdy, by w razie wojny nie wzięto mnie do wojska do służb pomocniczych. Dziś młodzi ludzie mają prawko nim zdadzą maturę. A niejeden jeśli z biedą tą maturę zda dostaje w nagrodę samochód! (Ja poszłam z matką na ukochane "sokoły" w cukierni Woźniaka na św. Tomasza). Matura to był obowiązek. Halka, kiedy przed domem zatrzymał się fiat 125, uważała, że ktoś ją szpieguje, a parking był pełen maluchów i 125. Kiedy to ja widziałam malucha? A 125? Jak z początkiem lat 90-tych na Bemowie zjawił się ford probe wszyscy chodzili dokoła i podziwiali. Taryfiarze gonili za mercem beczką, a klienci za taksówkami. Dziś korporacje taksówkowe wydzierają sobie z rąk klientów. Kto pamięta talony samochodowe, dla których zapewne zrobiono niejedno świństwo w pracy, by szefostwo okazało wdzięczność. Kiedy kupiłam 18-letniego merca ze zgniecionym dachem zostałam wezwana do skarbówki, by się wytłumaczyć jakim sposobem weszłam w posiadanie tak luksusowego wozu. :)
A jak smakowały wyroby czekoladopodobne? Kartki na mięso, na cukier, na papierosy, na wódkę, kto pamięta na co jeszcze? A co ze świeżymi bułeczkami? Były w prywatnej piekarni na Polnej! W tv reklamy zapraszają do kupna pralek, zmywarek, lodówek, kuchenek z programatorem, grilli, opiekaczy, telewizorów, aparatów fotograficznych i to w ratach 0%!Gdzie te nocne kolejki, gdzie listy społeczne na byle mebel? Służba zdrowia była lepsza? Warto było mieć własną jednorazową strzykawkę, bo żółtaczka czyhała. Mój mąż umierał na korytarzu, w przeciągu, pozbawiony cienia intymności. Usg robiono w wyjątkowych wypadkach, na ekg czekałam miesiąc. Kobiety z oddziału położniczego wywieszone przez okno darły się do mężów stojących na chodniku, by im powiedzieć jak się czują, co z dzieckiem, bo jedyny aparat telefoniczny był oblężony, albo zatkany przez nadmiar monet.
Trudno poznać warszawskie ulice tyle przybyło nowych budowli, działa metro, kursują i to całkiem nieźle zadbane autobusy i tramwaje. Przybyły mosty. Buduje się obwodnice. Pewnie, że nie jest tak dobrze jak na Zachodzie, ale ile było lat zaniedbań. W miasteczku, w którym zamieszkałam w 1997 r. każdy miał własną studnię. Sąsiadka wylewała pomyje wprost na piaszczystą drogę, a aby wyrównać nawierzchnię sypaliśmy wszyscy popiół. Za naszym domem pasły się zające, a złodzieje samochodu utopili się w błocie i musieli porzucić fanta. Teraz jest asfalt, wodociąg, kanalizacja, oświetlenie, a na kilka kilometrów wokół naszego domu ciągnie się osiedle.
Przykre, że upadły i to nieraz celowo dawne zakłady przemysłowe. Szkoda ich i to jest na pewno duży minus. Często jeżdżę jedną z podwarszawskich szos. Wzdłuż niej ciągnęły się pola, łąki i lasy, potem kilka gospodarstw i znów przyroda ojczysta. Obecnie prawie wciąż jest teren zabudowany. Ile powstało nowych domów, ile zakładów wytwórczych, pełno hal, hurtowni? Ludzie nie jadą do Warszawy? jadą bliżej. Niby bieda - a ile samochodów stoi na wsiach przed kościołem jak są komunie? Powstało pełno domów weselnych, a właściwie biesiadnych, bo różne imprezy są tam urządzane. Za darmo nie pracują. Widocznie przynoszą zyski skoro powstają następne. PKS, niegdysiejszy jedyny przewoźnik upada. Koło mojego domu przejeżdżają regularnie busy kilku prywatnych przewoźników. Busy są coraz lepsze, coraz wygodniejsze.
Kiedy w 1992 r. chciałam wrócić do starej firmy kierowniczka pionu powiedziała niezbyt mile: Niestety wprowadziliśmy komputery i w pani wieku trudno się będzie przestawić na nowy styl pracy (jesteś za stara, żeby się nauczyć). Miałam 47 lat, zaklęłam pod nosem i poszłam do innej pracy. Komputery ku mojej radości mnie dogoniły. Grupka mile widzianych pracownic została wtajemniczona w internet. Mówiły do siebie "www" i mrugały okiem. Domyśliłam się hasła szefowej i jak jej nie było korzystałam z internetu. W kolejnym miejscu pracy podałam, że obsługuję komputer. Po paru latach w mojej branży nie można sobie było wyobrazić pracy bez komputerów. I tak jest właściwie wszędzie.
Może więc warto sobie popatrzeć na to wszystko i przestać narzekać. W końcu to myśmy zrobili. To jest nasz dorobek i powinniśmy być z tego dumni.
Gdyby tak wskrzesić moją matkę zmarłą w 1981 r. jaki by przeżyła szok! Ile lat jej podanie o telefon leżało i czekało na łaskawe rozpatrzenie. Zresztą tego nie doczekała. Co by powiedziała moja koleżanka Ula, gdyby zobaczyła anonsy deweloperów oferujących mieszkania, czekających kiedy wreszcie ktoś się zdecyduje na kupno. Ona która czekała na spółdzielczą kawalerkę przez 15 lat, ale jej nie dożyła. Moja matka odradzała mi robienie prawa jazdy, by w razie wojny nie wzięto mnie do wojska do służb pomocniczych. Dziś młodzi ludzie mają prawko nim zdadzą maturę. A niejeden jeśli z biedą tą maturę zda dostaje w nagrodę samochód! (Ja poszłam z matką na ukochane "sokoły" w cukierni Woźniaka na św. Tomasza). Matura to był obowiązek. Halka, kiedy przed domem zatrzymał się fiat 125, uważała, że ktoś ją szpieguje, a parking był pełen maluchów i 125. Kiedy to ja widziałam malucha? A 125? Jak z początkiem lat 90-tych na Bemowie zjawił się ford probe wszyscy chodzili dokoła i podziwiali. Taryfiarze gonili za mercem beczką, a klienci za taksówkami. Dziś korporacje taksówkowe wydzierają sobie z rąk klientów. Kto pamięta talony samochodowe, dla których zapewne zrobiono niejedno świństwo w pracy, by szefostwo okazało wdzięczność. Kiedy kupiłam 18-letniego merca ze zgniecionym dachem zostałam wezwana do skarbówki, by się wytłumaczyć jakim sposobem weszłam w posiadanie tak luksusowego wozu. :)
A jak smakowały wyroby czekoladopodobne? Kartki na mięso, na cukier, na papierosy, na wódkę, kto pamięta na co jeszcze? A co ze świeżymi bułeczkami? Były w prywatnej piekarni na Polnej! W tv reklamy zapraszają do kupna pralek, zmywarek, lodówek, kuchenek z programatorem, grilli, opiekaczy, telewizorów, aparatów fotograficznych i to w ratach 0%!Gdzie te nocne kolejki, gdzie listy społeczne na byle mebel? Służba zdrowia była lepsza? Warto było mieć własną jednorazową strzykawkę, bo żółtaczka czyhała. Mój mąż umierał na korytarzu, w przeciągu, pozbawiony cienia intymności. Usg robiono w wyjątkowych wypadkach, na ekg czekałam miesiąc. Kobiety z oddziału położniczego wywieszone przez okno darły się do mężów stojących na chodniku, by im powiedzieć jak się czują, co z dzieckiem, bo jedyny aparat telefoniczny był oblężony, albo zatkany przez nadmiar monet.
Trudno poznać warszawskie ulice tyle przybyło nowych budowli, działa metro, kursują i to całkiem nieźle zadbane autobusy i tramwaje. Przybyły mosty. Buduje się obwodnice. Pewnie, że nie jest tak dobrze jak na Zachodzie, ale ile było lat zaniedbań. W miasteczku, w którym zamieszkałam w 1997 r. każdy miał własną studnię. Sąsiadka wylewała pomyje wprost na piaszczystą drogę, a aby wyrównać nawierzchnię sypaliśmy wszyscy popiół. Za naszym domem pasły się zające, a złodzieje samochodu utopili się w błocie i musieli porzucić fanta. Teraz jest asfalt, wodociąg, kanalizacja, oświetlenie, a na kilka kilometrów wokół naszego domu ciągnie się osiedle.
Przykre, że upadły i to nieraz celowo dawne zakłady przemysłowe. Szkoda ich i to jest na pewno duży minus. Często jeżdżę jedną z podwarszawskich szos. Wzdłuż niej ciągnęły się pola, łąki i lasy, potem kilka gospodarstw i znów przyroda ojczysta. Obecnie prawie wciąż jest teren zabudowany. Ile powstało nowych domów, ile zakładów wytwórczych, pełno hal, hurtowni? Ludzie nie jadą do Warszawy? jadą bliżej. Niby bieda - a ile samochodów stoi na wsiach przed kościołem jak są komunie? Powstało pełno domów weselnych, a właściwie biesiadnych, bo różne imprezy są tam urządzane. Za darmo nie pracują. Widocznie przynoszą zyski skoro powstają następne. PKS, niegdysiejszy jedyny przewoźnik upada. Koło mojego domu przejeżdżają regularnie busy kilku prywatnych przewoźników. Busy są coraz lepsze, coraz wygodniejsze.
Kiedy w 1992 r. chciałam wrócić do starej firmy kierowniczka pionu powiedziała niezbyt mile: Niestety wprowadziliśmy komputery i w pani wieku trudno się będzie przestawić na nowy styl pracy (jesteś za stara, żeby się nauczyć). Miałam 47 lat, zaklęłam pod nosem i poszłam do innej pracy. Komputery ku mojej radości mnie dogoniły. Grupka mile widzianych pracownic została wtajemniczona w internet. Mówiły do siebie "www" i mrugały okiem. Domyśliłam się hasła szefowej i jak jej nie było korzystałam z internetu. W kolejnym miejscu pracy podałam, że obsługuję komputer. Po paru latach w mojej branży nie można sobie było wyobrazić pracy bez komputerów. I tak jest właściwie wszędzie.
Może więc warto sobie popatrzeć na to wszystko i przestać narzekać. W końcu to myśmy zrobili. To jest nasz dorobek i powinniśmy być z tego dumni.
Niech Ci Bóg w dzieciach wynagrodzi!
"Niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi!" - jak powiesz komuś ten zacznie się śmiać i wołać coś w rodzaju "o, nie!", albo "tylko nie dzieci!", "już mi wystarczy, mam dwoje!".
A może nie o to chodzi. To piękne podziękowanie, błogosławieństwo. Wynagrodzenie w dzieciach... Nasze dzieci to może być wielkie szczęście, radość i duma. Ile to razy na wywiadówkach widziałam matki dobrych uczniów, oblegające nauczycielki by tylko posłyszeć pochwałę swojego dziecka! Oczy tych matek były pełne wzruszenia i dumy. Wychodziły z klasy lekko i radośnie. W klasie pozostawały matki, którym nauczycielki kazały przyjść na rozmowę. Zezłoszczone na matki dobrych uczniów, że zabierały im cenny czas nauczycielek siedziały skulone w ławkach i czekały co znów dziś usłyszą. A potem błagały by dzieciom usprawiedliwić opuszczone lekcje, błagały o jeszcze jedną szansę, o jeszcze jedne pytanie. Błagały nawet o dom poprawczy, bo bały się, że synowie będąc na wolności popełnią jakiś straszny czyn. Ani dla jednych, ani dla drugich nie ważna była ilość dzieci, tylko jakie są. Te pierwsze były błogosławieństwem, te drugie wiecznym lękiem, zmartwieniem.
"Niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi" to życzenie by dzieci były mądre, dobre, kochające, gotowe przyjść rodzicom z pomocą. To życzenie by na stare lata rodzice mogli oglądać piękne owoce swoich starań i wyrzeczeń.
A może nie o to chodzi. To piękne podziękowanie, błogosławieństwo. Wynagrodzenie w dzieciach... Nasze dzieci to może być wielkie szczęście, radość i duma. Ile to razy na wywiadówkach widziałam matki dobrych uczniów, oblegające nauczycielki by tylko posłyszeć pochwałę swojego dziecka! Oczy tych matek były pełne wzruszenia i dumy. Wychodziły z klasy lekko i radośnie. W klasie pozostawały matki, którym nauczycielki kazały przyjść na rozmowę. Zezłoszczone na matki dobrych uczniów, że zabierały im cenny czas nauczycielek siedziały skulone w ławkach i czekały co znów dziś usłyszą. A potem błagały by dzieciom usprawiedliwić opuszczone lekcje, błagały o jeszcze jedną szansę, o jeszcze jedne pytanie. Błagały nawet o dom poprawczy, bo bały się, że synowie będąc na wolności popełnią jakiś straszny czyn. Ani dla jednych, ani dla drugich nie ważna była ilość dzieci, tylko jakie są. Te pierwsze były błogosławieństwem, te drugie wiecznym lękiem, zmartwieniem.
"Niech ci Bóg w dzieciach wynagrodzi" to życzenie by dzieci były mądre, dobre, kochające, gotowe przyjść rodzicom z pomocą. To życzenie by na stare lata rodzice mogli oglądać piękne owoce swoich starań i wyrzeczeń.
Niedziela Palmowa (13.4)
Niedziela palmowa. Lubię ją najwięcej ze wszystkich niedziel roku, nawet więcej niż wielkanocną. Zawsze odczuwałam dreszcz kiedy czytano "i oddał Bogu ducha". Ta zupełna cisza, która zapada poprzedzona jedynie szmerem obuwia po posadzce kościoła, cisza, która wydaje się nie mieć końca. Zdumienie świata, przerażenie. A potem opowieść co się dalej działo: trzęsienie ziemi rozdarcie zasłony w świątyni, dla mnie jakby pendant do rozdarcia szat przez arcykapłana w czasie przesłuchania Chrystusa.
Wróciłam do pustego domu jadąc wzdłuż rzeki, przydrożnych rowów - wszystko usiane wiosennymi kwiatkami. Na krzewach nieśmiałe listeczki, na brzozach wisiorki. Przypomniała mi się tamta, taka odległa Wielkanoc. Też była dość późna, bo było ciepło. Jechaliśmy maluchem, czyli 1988 r., najpóźniej 1990, do Dynowa. Nad drogą co jakiś czas wisiała kukła Judasza, taki to na Pogórzu Dynowskim zwyczaj. Zatrzymaliśmy się u Józki. Spaliśmy w drewnianym łożu na sienniku. Dobrze się nam spało, dobrze kochało. Rankiem poszliśmy na spacer na pola i łąki. Łąki były pokryte kaczeńcami, jeszcze nigdy nie widziałam tylu na raz. Kaczeńce podobnie jak jajka mają dla mnie w sobie coś czego nie umiem nazwać - oczarowanie, zachwyt, zauroczenie? Byłam tak bardzo szczęśliwa! Zbyszek bywał nieznośny przy ludziach. Chciał pokazać jaki to z niego maczo, jaki pan i władca, on tu rozkazuje, on tu rządzi. Kiedy zostawaliśmy sami wyciszał się, był serdeczny, może nie czułostkowy (jednak mężczyzna), ale było nam dobrze, zgodnie. Wydawało mi się, że jesteśmy znowu małymi dziećmi, które przeżywają jakąś przygodę. Tak było wtedy w Dynowie. Mówił, że mnie miłuje. Nie "kocha", tylko "miłuje". Dla niego była tu jakaś subtelna różnica, której nie pojmowałam. Może mogliby ją wytłumaczyć starsi ludzie z tamtych stron, bo nie wiem, czy ten wyraz przetrwał jeszcze. Tak to sobie wszystko przypomniałam jadąc do domu, że prawie czułam tamto ciepło na plecach... i tak bardzo brakowało mi Zbyszka, że sobie popłakałam po drodze.
Wróciłam do pustego domu jadąc wzdłuż rzeki, przydrożnych rowów - wszystko usiane wiosennymi kwiatkami. Na krzewach nieśmiałe listeczki, na brzozach wisiorki. Przypomniała mi się tamta, taka odległa Wielkanoc. Też była dość późna, bo było ciepło. Jechaliśmy maluchem, czyli 1988 r., najpóźniej 1990, do Dynowa. Nad drogą co jakiś czas wisiała kukła Judasza, taki to na Pogórzu Dynowskim zwyczaj. Zatrzymaliśmy się u Józki. Spaliśmy w drewnianym łożu na sienniku. Dobrze się nam spało, dobrze kochało. Rankiem poszliśmy na spacer na pola i łąki. Łąki były pokryte kaczeńcami, jeszcze nigdy nie widziałam tylu na raz. Kaczeńce podobnie jak jajka mają dla mnie w sobie coś czego nie umiem nazwać - oczarowanie, zachwyt, zauroczenie? Byłam tak bardzo szczęśliwa! Zbyszek bywał nieznośny przy ludziach. Chciał pokazać jaki to z niego maczo, jaki pan i władca, on tu rozkazuje, on tu rządzi. Kiedy zostawaliśmy sami wyciszał się, był serdeczny, może nie czułostkowy (jednak mężczyzna), ale było nam dobrze, zgodnie. Wydawało mi się, że jesteśmy znowu małymi dziećmi, które przeżywają jakąś przygodę. Tak było wtedy w Dynowie. Mówił, że mnie miłuje. Nie "kocha", tylko "miłuje". Dla niego była tu jakaś subtelna różnica, której nie pojmowałam. Może mogliby ją wytłumaczyć starsi ludzie z tamtych stron, bo nie wiem, czy ten wyraz przetrwał jeszcze. Tak to sobie wszystko przypomniałam jadąc do domu, że prawie czułam tamto ciepło na plecach... i tak bardzo brakowało mi Zbyszka, że sobie popłakałam po drodze.
Chandra
Przyśniła mi się chrzestna. Umierała. Pewnie zaważyło na tym śnie zdjęcie, które Monika opublikowała na fejsie. Nieważne. Może właśnie jej dusza wstąpiła w jakieś nowe istnienie? W co? W kogo? Chyba w kogo, bo jej wiara bardziej skłaniała się w przenosiny z człowieka do człowieka. Nieważne. Dość, że przypomniała mi się jedna z naszych ostatnich rozmów i jej list do mojej mamy pisany do więzienia, a raczej przeczący temu co mówiła tamtego wieczora niedługo przed moim ślubem. A list? Drogą skojarzeń przypomniał mi się dzień, może właśnie ten opisany w liście, tylko widziany od mojej strony. "Wujek Staszek" podniósł mnie z podłogi. Jego ręce były silne i nie drżały tak jak ręce pana Bastera. Trzymał mnie pewnie na rękach, tańczył i śpiewał:
Zielony walczyk, raz, dwa, trzy,
kto umie tańczyć niech tańczy,
a kto nie umie niech patrzy,
Zielony walczyk, raz, dwa, trzy.
Chodzę ja sobie po kole
wybieram pannę, którą wolę
którą zaproszę do walca,
to ją poproszę do tańca.
Jaka ja byłam szczęśliwa i dumna, że umiem tańczyć, że zostałam wybrana i patrzyłam z góry na ciocię, która nie została wybrana i nie tańczyła... I było mi dobrze, ciepło i bezpiecznie.
A ciocia tak nie lubiła wujka Staszka! Ba! Rozejrzałam się po całym moim życiu. Wszystko, wszystko było nie tak. Zupełnie jak w Shreku, jakby ktoś zepsuł książkę. I tak się rozczuliłam nad sobą, że wreszcie pozwoliłam by łzy płynęły mi strumieniem i szlochałam jak dziecko. Potem wszystko mi przeszło jak nożem uciął. Płacz mi dobrze zrobił. Zabrałam się do roboty. Przynajmniej nie mam tuzinkowego życia! Trzeba podnosić poprzeczkę, najwyżej się ją zwali.
Zielony walczyk, raz, dwa, trzy,
kto umie tańczyć niech tańczy,
a kto nie umie niech patrzy,
Zielony walczyk, raz, dwa, trzy.
Chodzę ja sobie po kole
wybieram pannę, którą wolę
którą zaproszę do walca,
to ją poproszę do tańca.
Jaka ja byłam szczęśliwa i dumna, że umiem tańczyć, że zostałam wybrana i patrzyłam z góry na ciocię, która nie została wybrana i nie tańczyła... I było mi dobrze, ciepło i bezpiecznie.
A ciocia tak nie lubiła wujka Staszka! Ba! Rozejrzałam się po całym moim życiu. Wszystko, wszystko było nie tak. Zupełnie jak w Shreku, jakby ktoś zepsuł książkę. I tak się rozczuliłam nad sobą, że wreszcie pozwoliłam by łzy płynęły mi strumieniem i szlochałam jak dziecko. Potem wszystko mi przeszło jak nożem uciął. Płacz mi dobrze zrobił. Zabrałam się do roboty. Przynajmniej nie mam tuzinkowego życia! Trzeba podnosić poprzeczkę, najwyżej się ją zwali.
niedziela, 10 stycznia 2016
Agnieszce córce Jurka Żurowskiego
Agnieszce, córce Jurka Żurowskiego pozdrowienie!
Kiedy zamieściłam na blogu w interii rodzinne wspomnienia jako joandarc15 myślałam o moim ciotecznym bracie. Miałam nadzieję, że pewnego dnia Jurek Żurowski trafi na nie i odezwie się. Wkrótce po tym mój życiowy partner rozchorował się i wszystko zeszło na dalszy plan. Czasem wpadałam na bloga by wyładować żal, gniew, smutek. Byłam niejako Szymonem Cyrenejczykiem - towarzyszyłam w męce, cierpieniu, nadziei, przerażeniu i oczekiwaniu na ulgę jaką przyniesie śmierć. Nasze życie kręciło się pomiędzy szpitalem, chemią, dochodzeniem do formy, oczekiwaniem na wezwanie do szpitala, chemią... Wisiało między nadzieją, że znajdzie się jakiś środek, że nastąpi radykalne polepszenie, a rozpaczą kiedy kolejny organ odmawiał posłuszeństwa zniszczony przez agresywną terapię. I tak to trwało przez smutne cztery lata.
Potem obejrzałam bloga, znalazła księgę gości, wpisy i wpis Agnieszki. Niektórych korespondentów rodzinnych odnazlazłam ku swemu zdziwieniu, bo akurat ich się nie spodziewałam, inni mieli pretensje, że moje wspomnienia krzywdzą ich przodków (przykro mi - cytowałam opinie wypowiadane przez bliskich, nie moje). I ku wielkiej radości znalazłam list, liścik od Agnieszki (Agnieszka z domu Leliwa Żurowska). Z domu, ale zapomniłaś napisać jak Cię znaleźć, jak się nazywasz po mężu! Nie dałaś adresu prócz "arte25", ale e-mail go odrzucał! interia zlikwidowała "Znajomych". A Ty znasz tylko mój nick! Mam nadzieję, że znów będziesz surfować po necie i znajdziesz swoje nazwisko. Ja codziennie jestem na fejsie Rozalia Dobrowolska. Chciałabym Cię odnaleźć. Twój ojciec wciąż jest dla mnie wspaniałym "dużym bratem", który umie mi rysować obrazki, Twoja ciotka Wanda jest dziewczyną z jasnym warkoczem i niebieskimi oczyma. Dlatego moja szmaciana lalka z konopnymi włosami miała na imię Wanda. Jak mi się już uda wyobrazić sobie dorosłego Jurka, to on może mieć tylko dwudziesto-, trzydziestoletnią córkę. Ty pewnie jesteś niewiele młodsza ode mnie, ale to trudno sobie wyobrazić. Pamięć jest trochę jak bursztyn. Owad spoczywa taki jak był, niezmienny, nie rośnie, nie brzydnie, nie rozpada się w kropli żywicy. Kiedy urodziła się moja pierwsza córka moja matka podsuwała mi imię Agnieszka? Śmieszne? Ale miałam już inne upatrzone. Jedna z moich córek ma na imię Wanda. Rzadkie teraz!
Jeśli to przeczytasz odpisz! Proszę!
Kiedy zamieściłam na blogu w interii rodzinne wspomnienia jako joandarc15 myślałam o moim ciotecznym bracie. Miałam nadzieję, że pewnego dnia Jurek Żurowski trafi na nie i odezwie się. Wkrótce po tym mój życiowy partner rozchorował się i wszystko zeszło na dalszy plan. Czasem wpadałam na bloga by wyładować żal, gniew, smutek. Byłam niejako Szymonem Cyrenejczykiem - towarzyszyłam w męce, cierpieniu, nadziei, przerażeniu i oczekiwaniu na ulgę jaką przyniesie śmierć. Nasze życie kręciło się pomiędzy szpitalem, chemią, dochodzeniem do formy, oczekiwaniem na wezwanie do szpitala, chemią... Wisiało między nadzieją, że znajdzie się jakiś środek, że nastąpi radykalne polepszenie, a rozpaczą kiedy kolejny organ odmawiał posłuszeństwa zniszczony przez agresywną terapię. I tak to trwało przez smutne cztery lata.
Potem obejrzałam bloga, znalazła księgę gości, wpisy i wpis Agnieszki. Niektórych korespondentów rodzinnych odnazlazłam ku swemu zdziwieniu, bo akurat ich się nie spodziewałam, inni mieli pretensje, że moje wspomnienia krzywdzą ich przodków (przykro mi - cytowałam opinie wypowiadane przez bliskich, nie moje). I ku wielkiej radości znalazłam list, liścik od Agnieszki (Agnieszka z domu Leliwa Żurowska). Z domu, ale zapomniłaś napisać jak Cię znaleźć, jak się nazywasz po mężu! Nie dałaś adresu prócz "arte25", ale e-mail go odrzucał! interia zlikwidowała "Znajomych". A Ty znasz tylko mój nick! Mam nadzieję, że znów będziesz surfować po necie i znajdziesz swoje nazwisko. Ja codziennie jestem na fejsie Rozalia Dobrowolska. Chciałabym Cię odnaleźć. Twój ojciec wciąż jest dla mnie wspaniałym "dużym bratem", który umie mi rysować obrazki, Twoja ciotka Wanda jest dziewczyną z jasnym warkoczem i niebieskimi oczyma. Dlatego moja szmaciana lalka z konopnymi włosami miała na imię Wanda. Jak mi się już uda wyobrazić sobie dorosłego Jurka, to on może mieć tylko dwudziesto-, trzydziestoletnią córkę. Ty pewnie jesteś niewiele młodsza ode mnie, ale to trudno sobie wyobrazić. Pamięć jest trochę jak bursztyn. Owad spoczywa taki jak był, niezmienny, nie rośnie, nie brzydnie, nie rozpada się w kropli żywicy. Kiedy urodziła się moja pierwsza córka moja matka podsuwała mi imię Agnieszka? Śmieszne? Ale miałam już inne upatrzone. Jedna z moich córek ma na imię Wanda. Rzadkie teraz!
Jeśli to przeczytasz odpisz! Proszę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)














