sobota, 22 lutego 2014

22 lutoho

Prałam w łazience szmatki po myciu okien. Lustro naprzeciw. W lustrze znajoma starucha. Po kim mam tą gębę? Moja matka jak miała tyle co ja wyglądała młodziej. Może przez farbę? Od kiedy ją pamiętam, czyli od czasu jak miała 49 lat farbowała je z powodu siwizny. Ja osiwiałam dopiero niedawno. Koniec mojego kucyka jeszcze ma piękną, ciemnobrązową barwę. Choroba Zbyszka tak mi dała popalić. U matki w rodzinie wszyscy szybko siwieli. Czyli to mam po ojcu. No, i tu jest pies pogrzebany. Co ja mam po ojcu? Owłosienie? Brwi? Chyba nie tylko przez pracoholizm matki mam do niej żal. Gdzieś jeszcze dalej tkwi żal o ojca. Może wcale nie zginął. Może to ściema. Może go widywałam co dzień. Może mijałam na ulicy. Może wpadał od czasu do czasu w gości. Żadnej fotografii! Nawet takiej z legitymacji! Może mam rodzeństwo. Może mogłabym z nimi siąść i powspominać: "Stary to miał zwyczaj... Nasz ojciec pięknie czytał na głos wieczorami... Nauczył nas..." Jedyne co usłyszałam, że mam podobny nos i poczucie sprawiedliwości. Litości! Na dobrą sprawę połowa genów może być po nim. Mogłam odziedziczyć skłonności do chorób, grupę krwi, długość życia, ruchy, ulubione potrawy. A tu gucio. Cholera mnie bierze jak słyszę taką gadkę: "Mnie mąż nie potrzebny! Sama potrafię wychować dziecko!" Głupia baba myśli tylko o sobie. Czemu nie kupi pieska, kotka, kanarka czy rybek w akwarium. Czemu nie pomyśli "mnie męża nie trzeba, ale może dziecku potrzebny ojciec, żeby był co dzień w domu, przytulił, pokrzyczał, snuł się po domu z pianą do golenia na twarzy, szedł na spacer, wziął na narty, albo na coś bardzo niezdrowego, pomógł w fizyce, posadził przed sobą w samochodzie i pozwolił prowadzić wóz. Jeśli tak kocha dziecko...
Kiedyś mi się śniło, że spotkałam rodziców idących ulicą. Ucieszyłam się, że nareszcie poznam tatę. Zbudziłam się...

sobota, 8 lutego 2014

8 lutoho

Dalej odśnieżam. Myślałam, że padnę z głodu. Gucio piał. Doszłam do wniosku, że zbliża się trzecia. Zrobiłam sobie jedzonko i włączyłam telewizję. Sobota, więc nie ma nic do oglądania - same powtórki i bzdury. Na Polonii były wspomnienia o Luksemburgu i muzyce PRLu. Radio Luksemburg to okres mojej młodości. To niesamowite jak inne są moje wspomnienia z tego czasu niż wspomnienia Turskiego, Manna, Umer! Ta młodzież w Warszawie właściwie miała wszystko. Własne radia, magnetofony, płyty z Zachodu (nawet jeździli!), był lokal, gdzie nagrywano płyty pocztówkowe. Uważali jedynie, że nie są wolni, ale ta wolność była całkiem inną wolnością niż moja. Ich wolność, to hulanki, modne ciuchy i właściwie wszystko. Nie mieli pojęcia o czymś takim jak wolności obywatelskie. Wspominali jakiegoś kolegę, który powiedział, że gdyby w dzień matury przyjechał jakiś piosenkarz z Zachodu (nazwiska nie zapamiętałam), to olałby maturę i a poszedł na występ. Nam "na prowincji" brakowało tylu produktów codziennego użytku, artykułów spożywczych jak mięso, czy masło. Widać pchano w Warszawę, żeby władzy pod bokiem nikt nie podskakiwał. W audycji mówiono, że nikt nie wiedział o co właściwie chodzi w tym 68 roku! No, u nas takiej ciemnoty wśród młodzieży to chyba nie było. Któryś z zaproszonych gości oświadczył, że mimo wszystko bunt młodzieży paryskiej i 68 roku można porównać, bo był to bunt przeciw światu dorosłych. Litości! To był bunt przeciw komunizmowi, przeciw ZSRR, tylko, że nie można było głośno powiedzieć. Nam chodziło o nasz wspólny świat - i nasz, i dorosłych, o wolny Kraj!

poniedziałek, 3 lutego 2014

18 sycznia

Wczoraj zadzwonił Tadek. Powiedział, że jest w D. i szuka grobu Nerwusa. Prowadziłam go krok po kroku przez telefon. W prawo, pod górę, drogą żwirową w prawo, prawy górny róg, cyprysy, jakieś dwadzieścia metrów od podstawy suwnicy. Tadek szedł: Tak widzi suwnicę, idzie w jej kierunku... Przeczytał tabliczkę. Trafił i się wyłączył.
Kiedy tak głośno czytał, tam daleko na cmentarzu, kiedy padło to nazwisko, dotarło do mnie, że to prawda, nie męczący sen, że nie ma co czekać na powrót, zerkać na okno wieczorem. Nie zabłysną światła samochodu. Mogę podjąć każdą decyzję co do płynów, które Nerwus kazał zlać do butelek, zatrzymać, dolać do c.o., dolać do chłodnic, wylać. Mogę zrobić porządek w szafkach, albo nie, ładować akumulatory, albo dać sobie z tym spokój.  Poprzenosić, powyrzucać, wyzłomować. Co więcej, muszę się wziąć do porządków. Nerwus naprawdę nie żyje. Próżno go szukam w snach, próżno biegnę za nim przez jakieś senne miasta, zaułki niby znane. Zbudzę się do pustki. Jak może Go nie być?
Więc gdzie jesteś?

czwartek, 30 stycznia 2014

30 sycznia

Mróz trzyma już ponad tydzień. Właściwie nie jest zbyt duży, u nas tu do 18 C, przeciętnie 10 C. Niestety wiatr dokuczliwy, jakieś 30 km/godz. miecie śniegiem na wszystkie strony, nie wiadomo gdzie usuwać zaspy by się znów nie potworzyły. Dałam sobie spokój z odśnieżaniem, jakkolwiek obawiam się, że kiedy zacznie się odwilż, a jeszcze poleje, trudno będzie dać sobie radę z mokrym, lub zlodowaciałym śniegiem. Dziś czwartek. Tydzień temu pojechałam na targ samochodem. Dziś wzięłam plecak i pomaszerowałam piechotą. Jakiś gościu zobaczył mnie brnącą przez zaspy, a potem drypczącą z plecakiem śliskim poboczem. Otworzył okienko swojego elteka i ofiarował podwózkę na targ. Jakże miło z jego strony! Pomknęliśmy więc 10 na godzinę w korku, a potem już ekstra w dół. Targu prawie nie było, ale myśmy i tak przyjechali na poważne gospodarskie zakupy, a nie po czapkę, czy rękawiczki. Powrót mi tak dobrze nie wyszedł. Pięć kilo w plecaku, cztery w ręce, na szczęście większość drogi z wiatrem. Pod koniec zaczął mnie morzyć sen. Taka droga z plecakiem działa usypiająco. Pamiętam jak wracając z wycieczek drzemałam idąc.

   Kończy się styczeń. Koniec śpiewania kolęd.
Nawiasem mówiąc dlaczego "kalendarz", a "kolęda"?
Zaśpiewałam sobie ze dwie. I jak to przy kolędach - przypomniał mi się dziadziu Cesiu. Co oni oboje z babcią Jadzią czuli stojąc przy drzewku i kolędując, wdychając zapach rozgrzanego igliwia? Czy myśleli o czasach kiedy byli mali i stali tak z ojcem, matką i rodzeństwem i razem śpiewali? Czy mieli nadzieję, że pamięć o nich, urodzonych w XIX w. przeniosę w XXI? Sami nie mieli dzieci, czy pokładali nadzieję we mnie? Czasy się tak bardzo zmieniły. Mamy cudowne środki komunikacji. Czy jesteśmy sobie przez to bliżsi, czy odwrotnie - tracimy się z oczu. Kiedyś list pisany to było święto. Był na ogół długi, pisany z namysłem, dbałością o formę i treść. Adresat, jeśli list był od kogoś z rodziny, przynosił list do stołu, oświadczał "dostałem (am) list od... Posłuchajcie! Wszyscy milkli i słuchali. Do zamiejscowego telefonu ustawiała się kolejka, każdy chciał wziąć w rękę słuchawkę, albo przynajmniej z odpowiedzi wywnioskować o czym jest mowa.
Teraz wiadomości są szybkie, błyskawiczne, ale bezrefleksyjne. Nie wiemy co nadawca robi, myśli, w jakim jest stanie psychicznym, chyba, że wstawi buźkę.
 

wtorek, 28 stycznia 2014

28 sycznia

Dostałam wiadomość od Inki na fejsie. Wczoraj umarł jej ojciec (r.1920). Dobre te lata dwudzieste, najlepszy 1926. Lata trzydzieste szybko się wykruszają, a czterdzieste... lepiej nie mówić. Stwierdziłyśmy to już dość dawno z Małgosią Koper zakładając kartotekę wzorcową autorów. Ale nie o tym chciałam. To osobny temat.
Inka zawiadomiła mnie właściwie nie wychodząc z domu. Ja napisałam krótką wiadomość, czyli smsa i jednym naciśnięciem klawisza w telefonie zawiadomiłam trzy moje córki, a one w jednej minucie zgodnie mi odpowiedziały. Obecna łączność jest niesamowita! Wiadomości rozchodzą się błyskawicznie. Minusem jest to, że nie szanuje się w ogóle czasu, słów. Głupie plotki rozlatują się po całej wirtualnej przestrzeni. Trudno odróżnić prawdę od fałszu. Bełkot zatyka portale, wyszukiwarki. W szumie trudno wyłowić to o co nam chodzi. Nie wiadomo kto pisał, na jakiej podstawie, czy sprawdził swoje dane, czy zaufał własnej pamięci.
   A więc jak to się teraz modnie pisze RIP. Nie wiem czy pojadę na pogrzeb.
   Zima. Zasypało mnie dokładnie. Dziś próbowałam odśnieżyć kawałek drogi. Wzięłam linę i z uwiązaną oponą 15" kilka razy przebyłam przestrzeń do zakrętu. Poszłam ogrzać się herbatką, a kiedy wróciłam ledwie można było poznać, gdzie prowadziłam moją syzyfową pracę. Wiatr pędzi tumany śniegu przez pola i usypuje między samochodem a szosą. W miejscu, gdzie zawsze grzęźniemy jest rekordowa ilość śniegu. Nawet piechotą trudno było przebrnąć. Niestety skończyło mi się mięso i dla mnie i dla psów, więc znów musiałam pójść do wsi. No, cóż! Plecak i wio! My, górale tak łatwo się nie poddajemy. Gdyby nie nasz plecy nie byłoby zaopatrzenia w schroniskach nie mówiąc już o krzyżu na Giewoncie. Po powrocie zastałam wygaśnięty piec c.o. i 16 C w kuchni. Przewidują, że się ociepli w najbliższych dniach.

niedziela, 26 stycznia 2014

16 stycznia

Nareszcie śnieg! Siedzę w naszym dawnym domu. Na dole robią kanalizację. Od czasu do czasu wyje jakaś maszyna. Pomarańczowe kurtki robotników migają przez siatkę ośnieżonych gałęzi. Zrobiłeś mi zdjęcie przez to okno jak nadchodziłam od furtki, właśnie był taki zimowy dzień. Była pierwsza zima w nowym domu. Pierwsze doświadczenie - nasz dom! Znamy go od pierwszego szkicu. Ile to było zamieszania, ile latania po urzędach, ile zezwoleń. Nie odróżnialiśmy warunków budowy od zezwolenia na budowę. Szło nam jak z kamienia, a sąsiedzi rzucali kłody pod nogi. Jakże mi żal było śliwy, co jesienią była złocista od liści i drobnych owoców zwanych u nas niezbyt wykwintnie drzystkami (bo się po nich straśnie drzysto), a w ogólnopolskim języku mirabelkami. Był koniec września jak zaczęli kopać doły pod fundament, robić szalunek. Pamiętam jak Serhij spostrzegł, że słupek przy schodach odchodzi od pionu. Byłam w pracy kiedy przyjechał cement i wielka rura chlusnęła z taką siłą, że nie mogli nadążyć z rozgarnianiem wylewki. Potem co dzień polewałam ją z węża, żeby nie spękała. Każdą cegłę komina miałam w ręce. Pojechaliśmy z Andrijem transitem do cegielni w lesie. Andrij podawał mi cegły na brzeg paki, a ja układałam w głębi. A potem on wszedł na pakę, a ja podawałam cegły do środka. Na placu budowy oboje rozładowywaliśmy transport i znów każda cegła przechodziła przez nasze ręce. Mimo jesieni upał był niesamowity, zwłaszcza w blaszanej przestrzeni samochodu. Nie mogłam nadążyć za Andrijem, ale nie chciałam by myślał, że Polki są do niczego. Zaciskałam zęby, choć ramiona mi omdlewały a pot zalewał oczy. 11 listopada dach był ukończony, stan bardzo surowy zamknięty. Każde okno, drzwi, płytki posadzki są mi znajome! To nie był dom pod klucz! Wstawałam przed świtem, karmiłam psy, biegłam do sklepu po świeży chleb. Robiłam śniadanie dla ośmiu osób, kładłam w folię drugie śniadanie. O siódmej byłam w drodze do pracy. O czwartej wybiegałam z pracy, gnałam do jednego tramwaju, przeskakiwałam do drugiego. Pędziłam po mięso i wędliny, zdyszana dobiegałam do przystanku i spocona walczyłam o wejście do podmiejskiego autobusu. O pół do szóstej byłam w domu odgrzewałam przygotowany poprzedniego dnia obiad i podawałam ludziom. Oni mieli fajrant. Ja zmywałam po obiedzie, robiłam obiad na następny dzień, przygotowywałam kolację, żarcie dla psów na rano, zmywałam po kolacji i o dziesiątej, jedenastej już mogłam się położyć.
     Jeśli ktoś mówi, że dom nie jest mój, że nie mam nic do powiedzenia, oczy zalewa mi czerwień i mam ochotę rzucić się na niego z pięściami.
     Marzyłam sobie, że cała rodzina będzie się spotykać na święta, chyba raz tak było. Odebrałeś mi ten dom, straciłam serce do niego. Przez Ciebie! Lata przeszły, mniej boli. Pamiętasz jak tą ścieżką goniłeś z siekierą elektryka? A jak przegnałeś robotników, którzy mieli robić sufit na dole?
A pamiętasz jak kupiliśmy na Radzymińskiej choinkę na święta? Maleńki świerczek w doniczce. Sprzedawca zapewniał, że można go posadzić po świętach. A Ty mu nie wierzyłeś. Twierdziłeś, że zimą się nie sadzi drzew. Zima była nijaka, prawie jak w tym roku. Przekonywałam Cię, że byle ziemia nie była zamarznięta i sadzenie się uda. I proszę - jakie piękne drzewo wyrosło!
Nasz pierwszy dom.
 Pan domu - gdzie jesteś?
 
 
 
 

26 sycznia 2014

Takich trzech jak nas dwóch to nie ma ani jednego". Nerwus lubił tak mówić. Różnie to było między nami. Rwetes, zamieszanie, pracownicy, rodzina. A potem nagle wszyscy znikali i zostawaliśmy sami. Cisza... Tylko na mnie mogłeś zawsze liczyć. Zawsze byłam. A jeśli potrzebowałam pomocy zawsze byłeś. Młodym się wydaje, że związek dwojga ludzi to seks, same przyjemności. A związek to druga osoba, która trwa przy tobie, a ty przy niej, zawsze. Zwłaszcza gdy coś nie tak. Związek to wspólna praca, zabawa, wspólna odpowiedzialność. Szczęście w związku z tego właśnie płynie, z miłości, ale i z pokonania trudności. To pokonane przeszkody dodają smaku, są jak gorzka przyprawa. Brałeś przeszkody jak dobry koń. Właściwie za późnośmy się spotkali. Nie mieliśmy już wiele czasu. Zastanawiałeś się do czego byśmy doszli. Jakie by były nasze dzieci. W ostatnich dniach pytałeś, czy w przyszłym życiu, jeśli takowe jest, będę z tobą. Śmiałam się, że lista kandydatów jest już długa. Teraz, kiedy już mogę wszystko podsumować, tak. Mogę ci odpowiedzieć tak, mimo twego zasranego charakteru. Kolejne życie to taka poprawka, po przemyśleniach na tamtym świecie. Siedzisz sobie na jakiejś chmurce i rozmyślasz: to było głupie, to był błąd, tak się nie robi, tu trzeba coś zmienić, tu wyrównać... Oboje mamy dużo do poprawienia. A jak się zabierzemy to roboty, to aż będzie furczało! Znajdziemy ten punkt oparcia i przewrócimy wszystko do góry nogami!
Kolejny dzień protestów na Ukrainie.
Na you tubie znalazłam pieśń Boże Wełykyj Jedynyj... Piękna i pięknie śpiewana. Boże chroń Ukrainę i Ukraińców. Pewnie byśmy razem słuchali... Słucham za nas oboje.

czwartek, 16 stycznia 2014

9 sycznia

Smutno! Chyba z godzinę przepłakałam. Jutro miną dwa miesiące jak nie ma Nerwusa. Wciąż trzymam wszystkie graty jakby miał za chwilę wrócić, jakby miał zadecydować. Myślę o tych ostatnich dniach. Były takie spokojne! Twoje oczy mówiły "trzymam się! jestem twój!" Jak musiałeś walczyć ze słabością, która cię ogarniała, z gorączką, z niemocą. A ja nic nie mogłam zrobić, nawet powiedzieć: "spokojnie, nie musisz walczyć, te wszystkie recepty, lekarstwa, terminy są bez znaczenia. Odchodzisz." Nie miałam serca powiedzieć Młodej "nie trzeba, koniec."
Myślę, że zanadto obciążam Młodą smutkiem. Chciałam między Nerwusem a nią przerzucić pomost, żeby się znaleźli. Nerwus nie był oględnie mówiąc najlepszym ojcem. A młoda tak bardzo potrzebowała jego wsparcia. Myślę, że gdyby bardziej był w jej życiu potoczyłoby się inaczej, mądrzej. Ale stało się jak się stało. Znalazła z powrotem ojca, ale na tak krótko i tak smutno. Jej życie toczy się znów swoim torem. Na zdjęciu z fejsa jest pełna życia, radości.
Właściwie tylko ja tęsknię. To jest tylko i wyłącznie mój ból. Przyjaciół nie miał... Znajomi przeżyli wstrząs. Ktoś tak pełen życia, trzymający jak się zdawało za łeb chorobę, umarł. Jeszcze niedawno chodził po warsztacie, doradzał, a tu go nie ma. Szkoda człowieka. Życie idzie naprzód, jak powiedziałam. Ludzie mają innych mechaników, bawią się, bo święta, sylwester, karnawał, pracują...
A ja wciąż widzę oczy rozpalone gorączką, wpadnięte. Kochane, czarne oczy. Dlaczego byliśmy dla siebie tacy okropni? Dlaczego tyle się szarpali, kłócili? Te nerwy! Kiedy znikali obcy mówiłeś: "i znowu jesteśmy sami..." Było w tym westchnienie ulgi i odprężenie.
Lubiłam te chwile. Siedzieliśmy obok siebie, nawet nie musieliśmy mówić, bo znaliśmy się. Nasze myśli płynęły bezpośrednio z głowy do głowy bez potrzeby słów. Byliśmy do siebie tacy podobni. Stąd pewnie te swary. Ile by tych sporów było, tych niepotrzebnych ostrych słów, zawsze wracaliśmy do siebie z jakąś taką dziwną siłą, jakby wszystko inne było tylko umowną grą.

Nie mam żadnego wykształcenia muzycznego, nie znam się na muzyce. Nie umiem zawołać: O, to IX symfonia! (albo coś w tym rodzaju). Szkoda, bo mam wrażenie, że to by mi mogło pomóc: Jakiś odpowiedni utwór. Gdybym tak umiała komponować! Na początku skrzypce, smutne, wolne, ciągnące, płaczące. Potem jakiś inny instrument, powiedzmy fortepian, narastające dźwięki, coraz bardziej burzliwe, coś dodatkowego, jakby kłótliwego, szarpiącego. Potem spokojniej, wolniej, znów niepokój, ale nie kłótliwy, raczej niepewność i nagle zawieszenie, koniec i znów coś delikatnego instrument co był w kłótni, ale teraz cichutki i płaczliwy, przechodzący w smutek, wyciszający się...do rozpłynięcia.