Lubię te pierwsze jesienne poranki, kiedy wychodzę z dusznego pokoju wprost w poranny chłód i widzę mgiełkę ścielącą się nad łąkami. Moje ukochane bojówki już są całkiem na miejscu. Nie pora na spacer w nocnej koszulce. Psy ochoczo wybiegają na pole. Jeszcze przedwczoraj moi weterani wyglądali jakby cierpieli na niedowład łap, a teraz radośnie kręcą kółeczka, zawijają ósemki, węszą, kopią. Potem wracają do mnie przepychając się i zazdrośnie podstawiają grzbiety do głaskania, poddają się szarpaniu za kudły, targaniu za uszy. Ni stąd ni z owąd znów porywają się do biegu, znajdują coś bardzo ciekawego i pochylają się ku ziemi wtykając nosy w zwiędłą trawę. Wyglądają jak wielce uczone konsylium mające rozstrzygnąć o losach ludzkości. Tylko Boy odbija od traw. Brąz i Burek z daleka są prawie nie do odróżnienia od kęp szczawiu i łanów mietlicy. Pole Więsika, który zawsze wszystko robi pierwszy, odcina się ciepłym brązowym kolorem od żółtych łąk. Wróble z hałasem obsiadują kalenicę. Zaraz znów odlecą w pole by dojadać resztki wykłoszonych ziaren. Od czasu żniw nie pojawiały się napełniając brzuszki na roli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz