Agnieszce, córce Jurka Żurowskiego pozdrowienie!
Kiedy zamieściłam na blogu w interii rodzinne wspomnienia jako joandarc15 myślałam o moim ciotecznym bracie. Miałam nadzieję, że pewnego dnia Jurek Żurowski trafi na nie i odezwie się. Wkrótce po tym mój życiowy partner rozchorował się i wszystko zeszło na dalszy plan. Czasem wpadałam na bloga by wyładować żal, gniew, smutek. Byłam niejako Szymonem Cyrenejczykiem - towarzyszyłam w męce, cierpieniu, nadziei, przerażeniu i oczekiwaniu na ulgę jaką przyniesie śmierć. Nasze życie kręciło się pomiędzy szpitalem, chemią, dochodzeniem do formy, oczekiwaniem na wezwanie do szpitala, chemią... Wisiało między nadzieją, że znajdzie się jakiś środek, że nastąpi radykalne polepszenie, a rozpaczą kiedy kolejny organ odmawiał posłuszeństwa zniszczony przez agresywną terapię. I tak to trwało przez smutne cztery lata.
Potem obejrzałam bloga, znalazła księgę gości, wpisy i wpis Agnieszki. Niektórych korespondentów rodzinnych odnazlazłam ku swemu zdziwieniu, bo akurat ich się nie spodziewałam, inni mieli pretensje, że moje wspomnienia krzywdzą ich przodków (przykro mi - cytowałam opinie wypowiadane przez bliskich, nie moje). I ku wielkiej radości znalazłam list, liścik od Agnieszki (Agnieszka z domu Leliwa Żurowska). Z domu, ale zapomniłaś napisać jak Cię znaleźć, jak się nazywasz po mężu! Nie dałaś adresu prócz "arte25", ale e-mail go odrzucał! interia zlikwidowała "Znajomych". A Ty znasz tylko mój nick! Mam nadzieję, że znów będziesz surfować po necie i znajdziesz swoje nazwisko. Ja codziennie jestem na fejsie Rozalia Dobrowolska. Chciałabym Cię odnaleźć. Twój ojciec wciąż jest dla mnie wspaniałym "dużym bratem", który umie mi rysować obrazki, Twoja ciotka Wanda jest dziewczyną z jasnym warkoczem i niebieskimi oczyma. Dlatego moja szmaciana lalka z konopnymi włosami miała na imię Wanda. Jak mi się już uda wyobrazić sobie dorosłego Jurka, to on może mieć tylko dwudziesto-, trzydziestoletnią córkę. Ty pewnie jesteś niewiele młodsza ode mnie, ale to trudno sobie wyobrazić. Pamięć jest trochę jak bursztyn. Owad spoczywa taki jak był, niezmienny, nie rośnie, nie brzydnie, nie rozpada się w kropli żywicy. Kiedy urodziła się moja pierwsza córka moja matka podsuwała mi imię Agnieszka? Śmieszne? Ale miałam już inne upatrzone. Jedna z moich córek ma na imię Wanda. Rzadkie teraz!
Jeśli to przeczytasz odpisz! Proszę!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz