niedziela, 24 kwietnia 2016

Chandra

Przyśniła mi się chrzestna. Umierała. Pewnie zaważyło na tym śnie zdjęcie, które Monika opublikowała na fejsie. Nieważne. Może właśnie jej dusza wstąpiła w jakieś nowe istnienie? W co? W kogo? Chyba w kogo, bo jej wiara bardziej skłaniała się w przenosiny z człowieka do człowieka. Nieważne. Dość, że przypomniała mi się jedna z naszych ostatnich rozmów i jej list do mojej mamy pisany do więzienia, a raczej przeczący temu co mówiła tamtego wieczora niedługo przed moim ślubem. A list? Drogą skojarzeń przypomniał mi się dzień, może właśnie ten opisany w liście, tylko widziany od mojej strony. "Wujek Staszek" podniósł mnie z podłogi. Jego ręce były silne i nie drżały tak jak ręce pana Bastera. Trzymał mnie pewnie na rękach, tańczył i śpiewał:

Zielony walczyk, raz, dwa, trzy,
kto umie tańczyć niech tańczy,
a kto nie umie niech patrzy,
Zielony walczyk, raz, dwa, trzy.

Chodzę ja sobie po kole
wybieram pannę, którą wolę
którą zaproszę do walca,
to ją poproszę do tańca.

Jaka ja byłam szczęśliwa i dumna, że umiem tańczyć, że zostałam wybrana i patrzyłam z góry na ciocię, która nie została wybrana i nie tańczyła... I było mi dobrze, ciepło i bezpiecznie.
A ciocia tak nie lubiła wujka Staszka! Ba! Rozejrzałam się po całym moim życiu. Wszystko, wszystko było nie tak. Zupełnie jak w Shreku, jakby ktoś zepsuł książkę. I tak się rozczuliłam nad sobą, że wreszcie pozwoliłam by łzy płynęły mi strumieniem i szlochałam jak dziecko. Potem wszystko mi przeszło jak nożem uciął. Płacz mi dobrze zrobił. Zabrałam się do roboty. Przynajmniej nie mam tuzinkowego życia! Trzeba podnosić poprzeczkę, najwyżej się ją zwali.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz