niedziela, 26 stycznia 2014

16 stycznia

Nareszcie śnieg! Siedzę w naszym dawnym domu. Na dole robią kanalizację. Od czasu do czasu wyje jakaś maszyna. Pomarańczowe kurtki robotników migają przez siatkę ośnieżonych gałęzi. Zrobiłeś mi zdjęcie przez to okno jak nadchodziłam od furtki, właśnie był taki zimowy dzień. Była pierwsza zima w nowym domu. Pierwsze doświadczenie - nasz dom! Znamy go od pierwszego szkicu. Ile to było zamieszania, ile latania po urzędach, ile zezwoleń. Nie odróżnialiśmy warunków budowy od zezwolenia na budowę. Szło nam jak z kamienia, a sąsiedzi rzucali kłody pod nogi. Jakże mi żal było śliwy, co jesienią była złocista od liści i drobnych owoców zwanych u nas niezbyt wykwintnie drzystkami (bo się po nich straśnie drzysto), a w ogólnopolskim języku mirabelkami. Był koniec września jak zaczęli kopać doły pod fundament, robić szalunek. Pamiętam jak Serhij spostrzegł, że słupek przy schodach odchodzi od pionu. Byłam w pracy kiedy przyjechał cement i wielka rura chlusnęła z taką siłą, że nie mogli nadążyć z rozgarnianiem wylewki. Potem co dzień polewałam ją z węża, żeby nie spękała. Każdą cegłę komina miałam w ręce. Pojechaliśmy z Andrijem transitem do cegielni w lesie. Andrij podawał mi cegły na brzeg paki, a ja układałam w głębi. A potem on wszedł na pakę, a ja podawałam cegły do środka. Na placu budowy oboje rozładowywaliśmy transport i znów każda cegła przechodziła przez nasze ręce. Mimo jesieni upał był niesamowity, zwłaszcza w blaszanej przestrzeni samochodu. Nie mogłam nadążyć za Andrijem, ale nie chciałam by myślał, że Polki są do niczego. Zaciskałam zęby, choć ramiona mi omdlewały a pot zalewał oczy. 11 listopada dach był ukończony, stan bardzo surowy zamknięty. Każde okno, drzwi, płytki posadzki są mi znajome! To nie był dom pod klucz! Wstawałam przed świtem, karmiłam psy, biegłam do sklepu po świeży chleb. Robiłam śniadanie dla ośmiu osób, kładłam w folię drugie śniadanie. O siódmej byłam w drodze do pracy. O czwartej wybiegałam z pracy, gnałam do jednego tramwaju, przeskakiwałam do drugiego. Pędziłam po mięso i wędliny, zdyszana dobiegałam do przystanku i spocona walczyłam o wejście do podmiejskiego autobusu. O pół do szóstej byłam w domu odgrzewałam przygotowany poprzedniego dnia obiad i podawałam ludziom. Oni mieli fajrant. Ja zmywałam po obiedzie, robiłam obiad na następny dzień, przygotowywałam kolację, żarcie dla psów na rano, zmywałam po kolacji i o dziesiątej, jedenastej już mogłam się położyć.
     Jeśli ktoś mówi, że dom nie jest mój, że nie mam nic do powiedzenia, oczy zalewa mi czerwień i mam ochotę rzucić się na niego z pięściami.
     Marzyłam sobie, że cała rodzina będzie się spotykać na święta, chyba raz tak było. Odebrałeś mi ten dom, straciłam serce do niego. Przez Ciebie! Lata przeszły, mniej boli. Pamiętasz jak tą ścieżką goniłeś z siekierą elektryka? A jak przegnałeś robotników, którzy mieli robić sufit na dole?
A pamiętasz jak kupiliśmy na Radzymińskiej choinkę na święta? Maleńki świerczek w doniczce. Sprzedawca zapewniał, że można go posadzić po świętach. A Ty mu nie wierzyłeś. Twierdziłeś, że zimą się nie sadzi drzew. Zima była nijaka, prawie jak w tym roku. Przekonywałam Cię, że byle ziemia nie była zamarznięta i sadzenie się uda. I proszę - jakie piękne drzewo wyrosło!
Nasz pierwszy dom.
 Pan domu - gdzie jesteś?
 
 
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz