piątek, 23 lutego 2018

Wtorkowy powrót

2009-04-14

Jak wypełzłam na pole usłyszałam jednostajny szum silników jakby sto samolotów nadlatywało. Zagłuszał nawet poranne śpiewy skowronków, krakanie pałacowych wron i gawronów. Z góry, przez dolinę i pod górę ciągnął się równy sznur samochodów. Niekończąca się karawana dostojnie poruszała się metr po metrze. Wzbijające się w górę słońce zaczęło wydobywać z okienek srebrzyste, oślepiające refleksy. Chwilami zdawało się, że sznur się kończy, lecz znów zza góry pojawiały się następne samochody, duże, małe, olbrzymie, różnobarwne. W końcu nie słyszałam już żadnego szumu. Wydawało się, że ciągną w kompletnej ciszy. Nie dobiegał do mnie żaden dźwięk, a pewno grały radia, dudniły głośniki. Czasem tylko błękitne światła pogotowia i przeraźliwy sygnał monotonię.Podróżni posuwali falami, jedni znikali, inni się nadjeżdżali. Słońce minęło zenit i zmierzało ku DRZEWOM ÓSMEJ GODZINY. Korek trwał i trwał przypominając jakiś bezsensowny, gigantyczny taniec. Szyby przybierały czerwonawe barwy zachodu. Auta przesuwały się niezmordowanie. Słońce wypełniło swój plan i wieczorny chłód zaczął snuć nad bagnami pasma mgły. Szosa utonęła w ciemności jedynie czerwień światełek przechodząca w oślepiającą jasność przednich lamp świadczy, że tam, za oknami trwa balet pod tytułem Świąteczny powrót.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz