piątek, 23 lutego 2018

Sierpień 2009

2009-08-24

Wczoraj pierwszy raz od oktawy Bożego Ciała zjawiły się gawrony w ilości niepoliczalnej. Opadły na nasze pole i na sąsiada. Zajęły ze dwa hektary. Znów było pełno gwaru, krzyków, nawoływań, krzątania się, przesiadania z miejsca na miejsce. Kocham te mądrale i tęskniłam za nimi. Czyżby przyleciały pokazać jak potomstwo dobrze sobie radzi? O tak, potomstwo dojrzało. Już nikt mi nie lądował na młodym czubku sosny, ani na wiotkiej gałązce brzozy. Obsiadły dach i płot i przewody elektryczne. Wielbiciel, a może wielbicielka opanował(a) lampę. A potem rejwach jak się nagle zaczął tak i nagle skończył. Niebo na południowym wschodzi pokryło się czarnymi sylwetkami przechodzącymi w czarne kropki. Noc była mglista, to już nie kłaczki nad mokradłem, lecz spowijająca wzgórza mgła. Jedynie niebo było gwieździste. Dzień wstał ciepły, niemal upalny, gdyby nie powiew ze wschodu. Wysoko usłyszałam krzyk żurawi. Leciały we trójkę coraz to zmieniając pozycję w kluczu, jakby przerabiały lekcję z manewrów. Może robiły młodemu próbny egzamin? Potem ni stąd ni z owąd pojawił się bocian. Biel skrzydeł odbijała od błękitu nieba. Leciał tak wysoko, że przez chwilę się bałam zderzenia z samolotem płynącym bezgłośnie na zachód. Kołował w górę, coraz wyżej i wyżej. Nie szukał kosiarek, ani pługów...Zrobiło mi się smutno. Smutno się rozstawać, nawet na parę miesięcy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz