piątek, 23 lutego 2018

Zachód słońca

2009-11-21

Zachód słońca... Ileż to czasu patrzę na niego samotnie? Taki teatr jednego widza stworzony tylko i wyłącznie dla mnie. Co za rozrzutność!!! Prawie codzień od kilku lat niby ten sam, a każdego dnia nieco inny. Te wszystkie barwy szarość, złoto, czerwień, seledyn, granat... Delikatne, prawie niezauważalne przejścia z koloru w kolor, zmiany odcieni... filglarnie podświetlone , obłoczki, złociste lamówki ciemnych chmur. Rozczapierzone czarne palce drzew olbrzymów na tle czerwonej kuli. Smutno, że nie ma się do kogo przytulić , podzielić zachwyt, a potem pomnożyć przez dwa... Kolejne zapamiętane zachody skryte w przepastnych głębiach pamięci. Kiedyś znikną wraz ze mną. A może wpadną do czarnej dziury by wirować w niej na wieki w radośnym tańcu? Obrazy, obrazy przełamane na pół, połowy, które zostały ze mną. To MY pod wygwieżdżonym niebem w pocałunku lekkim jak motyl, lekkim, że zdawało się był tylko złudzeniem gdyby nie jego żar. To MY w jarze pełnym malin, tacy stęsknieni, tak nieprzytomnie spragnieni siebie! Szare światło świtu w naszych oczach i nasze splecione ramiona. Ja z Jankiem przed baptysterium; w Innsbruku odbici w wystawie. A teraz z Nerwusem nie oglądam wschodów, zachodów... Nerwus nie ma czasu, nie może się zatrzymać, bo może by wtedy spadł z Ziemi. Czas, czas, czas... Człowieku, zatrzymaj się choć na chwilę zobacz obłok, kwiat, mrówkę, trznadla, jaskółkę w locie, mknącego psa, czujną sarnę... Weź ode mnie kawałek świata i przełam się nim jak opłatkiem. Proszę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz