piątek, 23 lutego 2018
Połowa października
2012-10-16
Ranek wstał jakiś opóźniony. Niebo róźowe, ale pochmurne. Barometr maleńko spadł, ale spadł. Gucio piał, nie sfrunął jednak na ziemię, a jego panie jakoś się też ociągały. Było ciepło. Chodziłam w samej bluzce. Za czasów mojego dzieciństwa ubierało się jesienny płaszcz. W 1973 r. na Jadwigi spadł śnieg i nasza malutka Martusia oczarowana wołała: "pianka! pianka!" Kojarzyła to sobie z pianą w wannie.
Mogło się zdawać, że to pochmurny sierpniowy dzień. W pewnej chwili usłyszałam nade mną krzyk - gęganie: Leciał sznur dzikich gęsi... One nie miały wątpliwości - ostatni moment do odlotu. Żegnały mnie, a ja wołałam za nimi, by zdrowo do nas powróciły. Oby żaden myśliwy nie zabawił się nimi w Pana Boga. I jak zwykle pomyślałam o mojej kochanej nianiusi, pannie Broni Karczewskiej, czy Karczowskiej, bo coś jej pokręcili w dowodzie osobistym. Nianiusia brała mandolinę, grała na niej i tęsknie śpiewała: "skowroneczku, szare ptaszę..." Mam nadzieję, że teraz tam w niebie gra sobie na mandolinie i śpiewa biednym dzieciom, które za wcześnie utraciły mamusie. O szarej godzinie siada przy nich i śpiewa o skowroneczku, który wiosną powróci, a dzieci cichutko zasypiają.
Teraz rozpadał się deszcz. Mokre kury łapczywie wydziobują karmę. Gołębie umyły piórka i wlazły do swej budki. Zapaliłam w piecu. Jesień.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz