piątek, 23 lutego 2018

Rezerwat

    Nie przejawiałam entuzjazmu dowiedziawszy się, że pójdę do szkoły. Wzbudziło to w moich starszych obawy co do mojej przyszłości i przestawili mi alternatywę: Nie będziesz się uczyć to będziesz gęsi paść. Miałam, nie wiem skąd, czytane mi przez babcię Adzię i na bieżąco tłumaczone z niemieckiego, skrócone wydanie Kinder- und Hausmärchen. Na jednym z obrazków widniała gęsiareczka siedząca na trawce nad błękitną rzeką, a wiatr rozwiewał jej prześliczne złote włosy. Gąski się pasły. Cisza, spokój, sielanka. Wybór był prosty: Cały dzień na polu, na słoneczku, bez trosk, bez myśli o dzwonkach, nauce, odrabianiu lekcji w domu. Ale wybór był jedynie w teorii. To co mi pozostawało, to uczyć się jak najlepiej, żeby jak najszybciej skończyć szkołę i odzyskać wolność.

     We wsi, z którą byłam związana, było gospodarstwo rolne ze stadem krów. Piękne, czerwone krowy rasy polskiej, zwane czasem sarnami, pasły się na stoku góry leżącej za wsią. Zimne, górskie noce im nie szkodziły. Udojone mleko zwożono z pastwiska w dolinę do gospodarstwa, gdzie było poddawane różnym cudeńkom. Braliśmy stamtąd mleko. Było pyszne. Na zimę krowy wracały do jasnej, bielonej wapnem obory. Nad boksami wisiały imiona krów i ich rodziców.

     Miałam jedenaście, może dwanaście lat kiedy dowiedziałam się, że na świecie produkuje się mleko, wołowinę, bo tak wypada nazwać hodowlę krów pozbawionych pastwisk, żywionych mieszankami niewiadomo czego, zamkniętych w gigantycznych oborach, w których nie żyją Maliny, Krasule, czy Cyrwone, tylko jakieś numerki. Moje przerażenie dopełniła wiadomość, że nikt ich nie prowadzi do byka, że są pozbawione nawet tej normalnej przyjemności. Postanowiłam, że jak będę duża, jak będę miała mnóstwo pieniędzy (jakiś milion dolarów) kupię ogromną ilość hektarów, na których wszystko się będzie dziać tak jak było stworzone, gdzie przyroda będzie wolna.

    Nigdy nie brakowało mi pieniędzy, ale też nigdy nie miałam ich dużo. Budżetówka, najniższa siatka. Znów jestem na wsi. Mam tu siedlisko - tak pokierował los. Mój ogród, a właściwie to co się znajduje w ogrodzeniu, wywołuje pogardę ludzi, którzy lubią porządek, plan, rozmieszczenie grządek, tu kwiatki, tam rabatki, a ówdzie marchew, cebula, koper. Nie mam gęsi. Moje kochane kury (każda z własnym imieniem) oraz kogut dziobią sobie gdzie popadnie i niszczą piękno trawy. Nigdy nie wiem gdzie uścielą sobie gniazdo, czy w kurniku, wśród trzcin, pod krajzegą, czy opustoszałej psiej budzie.
Trawa rośnie gdzie się jej uda zapuścić korzenie. Drzewa i wrzosy tam gdzie się zasiały, gdzie nasiona przywiał wiatr, albo zachomikowały jakieś zwierzątka. Wiosną koło szopy, czy pod nią, rodzą się zajączki i muszę pilnować psy, by się do nich nie dobrały. Mogłabym dostać jakiś dyplom ochrony przyrody - sprawdziłam - żyją tu wróble, chyba ze dwadzieścia. Rano mi świergocą, a kiedy wychodzę przed dom wzbija się w górę całe stadko i z drzewa patrzy kiedy sypnę ziarno dla kur.

Mazurki też nim nie gardzą. Kawki patrzą na to z komina i czasem słychać jak w nim urzędują. Metalicznie lśniące gawrony wydłubują w ziemi dziury w poszukiwaniu robaczków, wyjadają cebulki kwiatów, kąpią się w pośniegowych wodach. Ostatnio, może dzięki temu że drzewa sporo podrosły, pojawiły się dwie sojki i podjadają nasiona słonecznika sikorkom. Nawet je trochę podejrzewam o kradzież słoninki. Na to wszystko z wysoka drapieżnie patrzy myszołów. Tylko żal mi dzięcioła zielonego, który został śmiertelnie potrącony niedaleko na szosie. Czemu mu nie wystraczyły moje mrówki? no, czemu? Tak więc ni z tego ni z owego mam u siebie przedstawicieli pięciu gatunków chronionych. Oprócz nich lata tu i lęgnie kilka ptaków, przedstawicieli innych gatunków. Miałam takie wspaniałe marzenia, a taką maleńką realizację. Ale niechby każdy miał choćby na taką skalę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz