Хрістос воскpec!
Śniadanie było u Marty. Musiałam się zmobilizować by pojechać aż na Żoliborz. Najłatwiej by było zjechać z Trasy Łazienkowskiej na Wisłostradę, ale zjazd w robocie. Którędykolwiek bym chciała jechać wszędzie te ronda! Wsiadłam do samochodu powtarzając sobie: "Nikt nie ma prawa zmuszć cię do szybszej jazdy niż ta którą uważasz za bezpieczną dla siebie. Nikt nie ma prawa żądać byś zjechała na pobocze. Jak trąbią, to niech trąbią." Na wiadukcie miałam wrażenie, że coś w moim samochodzie się przypala. A to śmierdziała Warszawa przez moje otwarte okno... Przejechałam przez rondo babka! całkiem gładko poszło. Potem skręciłam w ulicę z pl. Grunwaldzkiego, myślałam, że to Krasińskiego. No i wplątałam się w pl. Inwalidów bez możliwości skrętu w lewo :(. Ale zaraz potem zobaczyłam możliwość zawrócenia na U! Już z radością wjechałam na pl. Wilsona! Przejechałam migiem! Czego się było bać?! A tak mi zawsze spędzał sen z powiek. W uliczce Marty było miejsce do parkowania! Wjechałam między dwa samochody i pięknie stanęłam. Na śniadanku nudziłam się sporo. Najciekawsze były zdjęcia z Rzymu, które Marysia całkiem pięknie opisywała. Ma dobrą pamięć, smarkula! Bardzo mi przypomina Inkę jak była mała, chyba była w tym wieku jak ją poznałam. Niebo się zaciągnęło i zaczął padać deszcz. Jeszcze to na dodatek! Czy wycieraczki nie padną? Miałam ochotę jak najprędzej wrócić do domu. Idąc do samochodu zobaczyłam, że z ulicy można skręcić tylko w prawo, czyli wpadnę na skrzyżowanie przy Straży Pożarnej, a tam bardzo jest poplątane.
Postanowiłam wyplątać się w kierunku Potockiej. Udało się! Przemknęłam obok naszej pływalni, a potem dostałam się w jakieś głupawe uliczki. Zachowałam jednak poczucie kierunku i dotarłam do Wisłostrady z dobrym kierunku. Jechałam przez tunel. Rondo pod Trasą Siekierkowską to było małe piwo. Jest dobrze oznakowane, kochany TERESPOL. Nie dałam się wciągnąć w żadne wyprzedzania. Kałuże rozbryzgiwały się na wszystkie strony. Na wiadukcie w Wawrze zachowałam ostrożność. Coś mi mówiło, że za wzniesieniem może być różnie. Był śmieszny korek, babka się rozbiła i na moim pasie zrobił się korek. Jak cudownie było wysiąść, otworzyć bramę i wciągnąć w płuca świeże, pachnące, wilgotne powietrze naszego ogrodu! Po nakarmieniu kur, wyjęciu jajka z kurnika usiadłam sobie otulona kocem wypiłam świetną, herbatkęz naszej wody. Mimo, że nie byłam głodna skubnęłam jeszcze moich ciast. Trochę się poczuliłam z Brązem, poczytałam Ne cedat Academia i ledwie nie zasnęłam. Deszcz ustał. Wzięłam Brąza i poszłam w pole na spacer. Sarny piły wodę z przydrożnej kałuży. Na łące była taka wysoka woda, że wlała mi się górą do gumiaków! Ale była jednocześnie tak ciepła, że nie przeszkodziła w dalszym spacerze. Teraz jestem skonana.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz