Poszłam po węgiel. Śpiewałam sobie w ciemności jak to harcerze opowiadają "o rycerstwie spod kresowych stanic" i siłą rozpędu przypomniała mi się piosenka "żadne wichry, żadne burze nie odbiorą Gdańska nam", potem "na granicy jest strażnica". Wtedy w szkole nie uświadamiałam sobie jak blisko mnie są czasy młodości tych ludzi, co przysięgali strzec Gdańska i dotrzymali przysięgi. Mimo, że dopiero co skonał Stalin, mimo, że Bierut głaskał pionierów w czerwonych chustach po główkach mój wiejski nauczyciel z Rokicin uczył nas tych piosenek. Mój kochany pan, pan Leon Stebnicki, pomimo wciąż jeszcze panującego terroru śpiewał z nami te piosenki. Byłam jeszcze taka mała, młodsza niż Marysia teraz, śpiewałam i w gardle mnie ściskało z żalu za tymi ludźmi, którzy dawno temu (jak mi się wtedy zdawało) polegli... Pamiętam, chyba w piątej klasie, nauczycielkę śpiewu. Była taka delikatna, miała kok z miedzianych włosów... Dyktowała nam słowa piosenki. Powiedziała, że za tą piosenkę można było dostać poważny wyrok: "czerwone maki pod Monte Cassino, zamiast rosy piły polską krew..."
Czuję się tu jak na obczyźnie. Zbyszek był prawie z tych lat co ja, był z tej samej ziemi. Wątpię, czy Daniel ma takie wspomnienia. Warszawa, to zupełnie inne miasto. Zapewne wtedy inni byli nauczyciele; bądź co bądź siedziba władz partii i rządu (partia na początku, przedstawiciele ludu w drugiej kolejności). Teraz też głównym ideałem pełne koryto, mieć, mieć, mieć, zadawać szyku, pokazywać się. Reszta klepie biedę i uważa się za coś lepszego mieszkając w stolicy.
Mój przyszywany wujek, "ojciec chrzestny z wyboru", Stanisław Sierotwiński obdarowywał mnie książkami, które czytywał w dzieciństwie, lub nowymi na temat spraw które go interesowały - II wojna światowa. Głównie poznałam dzieje naszej marynarki z tego okresu. Płakałam ze wzruszenia czytając jak kapitanowie otwierali koperty "do Jasiów i Stasiów", jak okręty wykradały się z internowania pozbawione map, z uszkodzonymi maszynami, jak w ostatniej chwili wpływały na wody terytorialne Szwecji unikając walki z osaczającymi je Niemcami. Co czyta moja wnuczka, Zofia? Czy choć raz wzruszyła się nad losem swoich rodaków z dawnych lat. Nie chciała czytać "Nad Niemnem". Żeromskiego nawet nie proponowałam. Czy zrozumiałaby Rozłuckiego? Żal mi i jej i jej pokolenia. Ilu pięknych wzruszeń są pozbawieni! Zwariowani, ale jednocześnie tacy praktyczni, jakby amerykanizacja życia wyprała ich ze wszelkich sentymentów. Ale jeśli przyjdzie czas próby, czy będą umieli dać odpór? Czy może praktycznie położą uszy po sobie i przyjmą obyczaje, język zaborców?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz